Jesienny Tułacz 2010 oraz dlaczego nie jestem samobójcą

7 grudnia 2010

A co, wszystko wolno i mi!

Jesienny Tułacz

Fajna impreza, trochę mniejsza niż inne, przyjemna lokalizacja. Aura wyśmienita na bieganie, już po deszczu, chłodnawo, praktycznie bezwietrznie. W środku nocy jeszcze się przejaśniło na niebie więc już tylko wiersze pisać i kwiatki dziewczynie nieść.

Założyłem sobie że poeksperymentuje z samotnym bieganiem z mapą w ręku. Towarzysz Wujek z ekipą pocięli we 3 gdyż oni zawodowo już koszą mech w lesie tnąc na azymut. Swoją więc mapę w łapę i sru. Pierwsze 2 godziny bylo jak wymarzone, bieg lekki, PK1 wszedł z lotu i … koniec. :P No tak szybko to się nie spodziewałem zaplątać. Niestety bagdno/jezioro przy drugim punkcie mnie zwiodło i po godzinie kręcenia, podwójnym okrążeniu tego co byłem świecko przekonany jest, PK2 odpuściłem i pociągłem dalej. Dalej wyszło jeszcze lepiej bo tnąc las na azymut tak przeciąłem że prawie wróciłem na linię startu. Nieźle jak na początek, tę ścieżkę miałem już tak obcykaną że tylko omijać doły bez patrzenia pod nogi. Zatem jeszcze trochę błądzenia na trójce i … kolejny wylot pińcet kilometrów za spodziewanym punktem. Jak ścieżka która prowadzi na południe może mnie doprowadzić mnie na wschód? Ano może!

Około 3 w nocy gdy zawzięcie w większej grupie rozważaliśmy gdzie jesteśmy zdobyłem kluczową wskazówkę imprezy: kierunki świata nie są idealnie zgrane z brzegami kartki mapy, ale południki są pod kątem! Jej, jakie oświecenie! Teraz wszytko było jasne, a najwyraźniej wcześniej czasem zwracałem na to uwagę, a innym razem nie i w ten sposób tu i ówdzie trafiłem a gdzie indziej nie. Hie hieh. Potem jeszcze oświecenie na liście wyników, że numery PK też należy kredką wpisywać bo sam numerek kratki to za mało i właściwie pierwszą lekcję imprez na nawigację odbyłem. Jaja że heca :)

Nawigacjnie klapa, ale pobiegałem przyjemnie tyle ile chciałem, pocieszyłem się samotnością w lesie i ciekawymi ścieżkami ile się dało i powrót pod prysznic.

Nie ma to jak udane imprezy! 50 km to rzeczywiście przyjemny dystans, zmęczenie na przyjemnym poziomie, czas trwania rekreacyjny a czas nie dłuży się między punktami. W przyszłym roku Tułaczy ma być 3, więc może zaliczę powtórkę.

Bieganie w listopadzie

Tułacz był jednym z nielicznych wyjść na bieganie w całym miesiącu, poza nim zwlokłem się chyba jeszcze ze 4 razy a to głownie za sprawą problemu praktycznego. W Raszynie gdzie przyszło mi mieszkać jest niestety wielkie jak rosyjski samolot rządowy schronisko dla zwierząt, dzięki czemu na ulicach czworonogów można spotkać w bród. Raz już odganiałem się od gówniarskich psów. Tym razem przysłowiowy kundel bez ostrzerzenia rzucił się na mnie z drugiej strony ulicy, przez co ja dostałem darmową porcję adrenaliny, a on w prezencie kilka siniaków. Nie zdąrzyłem się opędzić od jednego a już za zakrętem były 4 kolejne. Ech… do dupy taki interes, nie po to chciałem biegać by lokalesom dostarczać widowiska jak testuję czubki butów na pysku ich psów.

Teraz większość chodników jest zupełnie zasypana, i żeby się wydostać na kawałek betonu przy głownej drodze zmuszony jestem przebiec obok niezliczonych podwórek psiarskich. Oczywiście, ja wszystko rozumiem, pies nie jest niczemu winien, ewentualnie właściciel, ale ja nie mam przyjemności z kopania psa za każdym razem gdy biegam. Niestety sytuacja nie jest w tym rejonie epizodyczna. Już mnie psy w życiu i gryzły, i rzucały się albo szczekały jedynie, ale jak mam mieć taki festiwal codzień to dziękuję. Pomijam już nawet całą historię babci i dziadków których „psiunie” wcale nie są groźne, „one też mają prawo spacerować jak pan” i temu podobne. Tym bezsensem zawieszam bieganie na czas nieokreślony. Tyle.

I tak pewnie długo nie wytrzymam, bo już od tygodnia nogi mi w dupę wchodzą, więc gdybym się tu nie odezwał to znaczy że pożarły mnie imperialistyczne wcielenia psiego zła.

VI Bieg Katorżnika

17 sierpnia 2010

Najprawdopodobniej będzie to ostatnia impreza biegowa/zorganizowana w tym roku w której wezmę udział. Wypad jednak był sympatyczny, a przygód nigdy za wiele.

Na Bieg Katorżnika zapisać się trzeba było gdzieś w marcu czy kwietniu. Wtedy miałem ochotę, a że opłacone i przygotowane – jedziemy. Miejsce i miasto organizacji – idealne. Lubliniec to jedna z tych osad, kiedy zawsze zastanawiam się po co ona w ogóle istnieje środku tej dziczy. Niedziela, rynek 3 metry na 2. Większość lokali i sklepów zamknięta, na szczęście trafiłem do małej restauracji na obiado kolację.

Dopiero na miejscu okazało się, że impreza jest zdecydowanie dla zmotoryzowanych, bo dotarcie na miejsce to jeszcze ok 10 kilometrów. Fajnie, że w Polsce znacznie łatwiej jest się dogadać o stopa. Rejestracja, instalacja karimaty i śpiwora na sali gimnastycznej i można skoczyć na rodzinny, piwny festyn diskopolowy. Zespół grał ze 2 godziny, a dziewczyna wśród nich twardo udawała przez cały ten czas, że gra na skrzypcach. Jest zabawa. Na miejscu jeszcze spotkaliśmy małżeństwo ślązaków. Fajnie poznać nowych ludzi, niekoniecznie biegaczy.

Sam Bieg Katorżnika jest moim zdaniem dobrze rozkręconą medialną imprezą, ewentualnie sposobem na spotkanie się w większym towarzystwie. Na pewno piwo po dwóch godzinach brodzenia w błocie smakuje wybornie. Dla mnie była to brudna przechadzka. Biegania było tyle co po bułki do sklepu, a cała atrakcja to błoto w butach i wskakiwanie i wyskakiwanie z rowów melioracyjnych. Trasa fajna, atmosfera gorąca, a burza i deszcz tylko dodaje uroku całości.

Nie widzę w tym rywalizacji, raczej pomoc słabszym, głównie się ludzie trzymają w grupach, bo i tak się nie da nikogo omijać i prześcigać. Za cenę 100 zł rozumiem, gdzie są koszta, ale szkoda tych 8 godzin w pociągach. Na szczęście w tym czasie przeczytałem całą książkę, i może też patrzenie na Bieg Katorżnika przez pryzmat wizji biegania jako radości życia mi nie pasował.

Może to dobre miejsce dla lubiących atrakcje typu Selekcja, Biegi Komandosa i inne maczo-wydarzenia. Ja nie czuję, bym musiał sprawdzać w ten sposób swoją męskość, więc na kolejne edycje się nie wybiorę. Czas 1:30 h, miejsce nie wiem które. Trasa bardzo łatwa, nie zdąrzyłem się zmęczyć. Może gdybym pchał się do czołówki satysfakcja była by większa.

W przyszłym roku popluskam się w błocie na XVII Przystanku Woodstock, a co … !

IX Cracovia Maraton 2010

29 kwietnia 2010

Na początku stycznia wpadłem na ten genialny pomysł. Skoro miałem i tak w planach przebiec kiedyś maraton, dlaczego nie zrobić tego już wkrótce?

Prolog

Krakowski maraton był oczywisty, nigdzie nie będę musiał jechać, bieg i tak się odbędzie a niecałe 4 miesiące powinno wystarczyć do nabrania formy. Znalazłem prosty plan na 14 tygodni do zrealizowania. Jak to w przypadku planów bywa, tak i ten po drodze się zmienił, zmodyfikował. Ja kombinowałem po swojemu, organizm przekazywał swoje informacje a pogoda i tak miała wszystko w nosie. W ten sposób po dotarciu do średniej tygodniowej ok 40 km, przy najdłuższych wybieganiach po ok 25 km, różnych doświadczeniach z bieganiem na -20 stopniowym mrozie, w ubraniu termoaktywnym, po sprawdzeniu co mnie obciera i jak się najlepiej rozgrzewać spokojnie czekałem na niedzielę, 25 kwietnia.

Przed startem

Trasę zdąrzyłem częściowo poznać, biegałem i po Błoniach i bulwarach wiślanych czasami biegając w zupełnie inne strony dla urozmaicenia. Przeczytałem górę opinii o niewiedzy, że należy obiec Błonie przed wpadnięciem na metę, że czasem woda się kończy, że trasa będzie malowniczo płaska itp.

Trzy dni przed startem wydawało mi się że: Trudno cokolwiek powiedzieć o oczekiwaniach, podstawowym założeniem jest ukończenie i sprawdzian jak przyjmie taki wysiłek organizm. To da mi pogląd czego mogę od siebie oczekiwać, a na jakie góry na razie mogę popatrzeć. Nie zakładam konkretnego czasu, strzelam że zajmie mi to ok 4:30 h. Niby mam tydzień odpoczynkowy a wychodzą nikłe bóle w kolanach, mięśniach. Zamierzam wystartować w tempie 6 min / k, z półlitrówką wody w ręku, 2ma batonami na drogę a w trakcie upoluję jeszcze banana. Równym tempem biegnę do mety, zbieram medale, nagrody, fanfary i oklaski.

Początek

Pobudkę zrobiłem o 6:30, tak by mieć czas na lekkie śniadanie, wypicie jeszcze litra wody, przebranie się i dotarcie na start. Z plecakiem z kilkoma drobiazgami dotarłem na miejsce kwadrans przed startem. Takie są plusy mieszkania 15 minut od krakowskich Błoni, rozgrzewkę robię po drodze.

Tłum ludzi, wszyscy biegają by się rozgrzać, plotkują ze znajomymi i sznurują buty po raz trzydziesty. Jeszcze tylko ostatnia wycieczka do toalety, a dla niecierpliwych w pobliskie krzaki i ruszamy. Nie wiem, czy to plus czy minus, że oddałem plecak i już startowaliśmy. Może gdybym miał więcej czasu mógłbym się jeszcze pozamartwiać.

Ktoś kogoś postrzelił i maraton ruszył!

Pierwsza połówka

W maratonie, jak można się było spodziewać  wszyscy biegli. Bardzo przyjemna była to trasa, samymi znanymi uliczkami. Pętla na błoniach, jeszcze raz wzdłuż tej samej uliczki, pierwsza długa kolejka samochodów i syf na ulicy z porozrzucanymi kubkami, butelkami i gąbkami. Miło mi się biegło, równym tempem, spowalnianym przez towarzyszy, więc nic mnie nie poganiało. Na rynku już rozstawiały się ogródki, a nieliczni obcokrajowcy mogli dopingować przebiegających. Trasa bardzo dobrze mi znana i przyjemna pozwalała mi posłuchać opowieści biegnących niedaleko, pooglądać koszulki, ludzi kibicujących czy harcerzy obsługujących punkty żywieniowe.

Gdzieś po godzinie z naprzeciwka nadjechał samochód policyjny i lider przebiegł obok. Przed i za nim pojawiło się jeszcze kilka wózków. Szczęściarze, już niedługo dla nich ta męczarnia się skończy. W Nowej Hucie zaczęło się robić goręcej, trudniej, boleśniej i … przeszedłem do marszu po raz pierwszy.

Druga połówka

Poczęstowany przez miłą panią miętuskiem (nie skorzystałem, wszak jestem na diecie) wiedziałem, że przyjemność już się skończyła. Przeszedłem przez półmetek i poczęstowałem się pomarańczą od zachęcającej dziewczyny. Towarzyszy dookoła mnie było już coraz mniej. Do trzydziestego kilometra mijaliśmy się z kilkoma osobami, raz oni podbiegali, raz ja. Wyprzedzaliśmy się zmierzając do mety.

I tak, punkty żywieniowe się zwijały, woda kończyła, ludzie na błoniach z trudem zauważali, przypominani przez porządkowych, że odbywa się tam maraton. Parę osób jeszcze zachęcało do walki przed Błoniami a ja podbiegając liczyłem czas mojego marszu (9 min/km) i szanse na dotarcie przed zmrokiem. Było coraz goręcej, ja czułem kolkę, przeponę, ból w płucach, albo cokolwiek podobnego, coraz bardziej, i jeszcze mocniej marzyłem o tym by skończyć tę niedzielę.

Ostatnie kółko na Błoniach przed metą jest dość deprymujące. Idzie się obok ludzi, którzy mają te ostatnie kilometry już za sobą, by ostatecznie przejść 3 metry od mety, na ostatnie 3.5 km … Pozwoliłem sobie jeszcze na szaleństwo by przebiec ostatnią, kilometrową prostą i wpaść na metę. 5:23:48. Kiepsko jak cholera.

Ech… cztery dziewczyny zakładające medale, dzielące się wodą, przykrywające folią NRC to najmilszy akcent popołudnia. Naprawdę nie chciało mi się wstawać z ławki na mecie.

Epilog

Co zrobić po maratonie? Mój autorski pomysł to banan, odebranie depozytu, wylegiwanie się pół godziny w słońcu na trawie i idealne wyczucie czasu by trafić na darmowy autobus do domu. Opaliłem sobie twarz dość mocno, podobnie jak nogi i ręce. Przez najbliższe godziny mogłem się pozastanawiać co tu nie wyszło.

Wnioski są proste. Nie jestem do maratonu przygotowany. Organizm z trudem znosi takie obciążenia, więc przyda się bieganie dłuższych odcinków w przyszłości. Odżywanie się co godzinę i bieg z butelką by nawadniać się ile zdołam to bardzo dobry sposób.

Biegać, biegać … maraton trudny nie jest, wymaga tylko trochę silnej woli. Ja już na połówce zastanawiałem się, czy nie skorzystać z darmowego tramwaju, ale wiedziałem że będzie głupio tak po prostu zejść :) Fajne jest to doświadczenie, by wiedzieć „jak to jest”, ale na razie planuję pobiegać po górkach.