Panama, Chin Chin, Carti – wyspy San Blas

24 października 2008

Niedziela, chyba

U niemcow budzimy sie o piatej nad ranem debatujac wnikliwie kto chrapal i dlaczego bylo stereo. Koles zawozi nas do Miramar, wioski z ktorej mamy lodz na nasza wyspe docelowa. Miramar to wielka wiocha, jednak ma nawet supermarket, ktory wyglada jak osiedlowy w slumsach. Jednak w wiosce powstaja nowe domy, przed kazdym najwyzej roczna Toyota czy inny pick-up, albo smigaja na quadach… cos jakby nie tak. Indianie spozniaja sie dobrze poltorej godziny, tankuja do pelna i przez 3 godziny w palacym sloncu podziwiamy polnocne brzegi Panamy.
Po wbiciu do paszportu oryginalnej pieczatki okregu indian Kuna Yala ladujemy w srodku pustkowia. Wyspa ma moze 50 metrow na 100, sa na niej ze 3 wioski, po dwie chalupy kazda. My zdaje sie jestesmy w stolicy bo stoja tu az cztery szalasy. Dziadek tlumaczy nam ze lodowka dziala, i chlodzi piwo wiec szybko sie orzezwiamy. Tutaj kazdy robi co chce, jedni leza na plazy, inni chodza po wyspie, jeszcze inni nurkuja szukajac ryb na obiad. Bohaterem dnia zostaje Tomas ktory upolowal calkiem konkretna rybke. W miedzyczasie mial lekkie starcie z rekinem, jednak dzielny, z pokrwawionymi nogami rannymi od raf kolarowych dociera do brzegu. Cojak tymczasem znajduje jeszcze wieksza kusze. Mimo to miejscowemu dziadkowi lowienie ryb na firanke idzie znacznie lepiej, wiec posilamy sie ryzem z rybka. Na wyspie mieszka tez Lisa, jakoby slawna producentka ¨molas¨ czyli indianskich wyszywek ktore chodza za przerozne ceny. Jak mowi oplaca tym studia swojej corki. Dziewczyna zalotnie podrywa nad ranem Cojaka, jednak chlopak twardo sie nie daje.

Pod wieczor przechodzi przez wyspe maly sztorm, orzezwiajac atmosfere kiedy mozna kolacje zjesc w strugach cieplego, rownikowego deszczu. W nocy (tak po 19) Cojak z Tomasem probuja jeszcze zapolowac na rybki jednak latwo sie zgubic ciemna noca. Liq z Pablosem improwizuja wiec latarnie morska i chlopaki trafiaja do brzegu. Milo sie plywa w ciemnosciach na takich wodach. Poniewaz jest ciemno, na wyspie nie ma pradu, wiec Cojak po zidentyfikowaniu i morderstwie wielkiego jak tarantula pajaka kladzie sie spac jako ostatni. Seba ze Zbyniem nie zdarzyli odbyc wyprawy w glab wyspy jako jedyni.

Poniedzialek,

Mozna by siedziec na takich wyspach, jednak z braku zajec blogie byczenie sie szybko nam sie nudzi i postanawiamy kolo poludnia przeniesc sie gdzie indziej. Sebus z JB robia rundke przeplywajac do okolicznych raf i wysp. Teraz uczciwie moga powiedziec ze byli na bezludnej wyspie.
Szybko zwijamy sie do Carti, wyspy ktora jest jednoczesnie wioska dla 200 ludzi. Instalujemy sie w jednej z indianskich chat, i znow zapowiada sie spanie w hamakach. Kibel tym razem mamy nie w wodzie, ale jest poprawnie zbudowany z desek itp, tuz przy brzegu. Wciaz jednak papier toaletowy na nic sie przydaje i mezczyzna mimo ze musi zarabiac, to Zbynek nie ma zbytu dla swojej wypasionej rolki. Taki kibel zniecheca do plywania w wodzie wiec szybko okupujemy lokalna ¨restauracje¨. Miejscowi przynosza nam cala przenosna lodowke pelna lodu i piwa, posadzajac nas nawet o jego naduzywanie.
Znow dzien i wieczor jest relaksacyjny, lokalni sa bardzo rozmowni. Ustalamy co robimy nastepnego dnia. Opcji jak sie dowiadujemy jest kilka. Mozemy jechac 3-4 godziny jeepami do autostrady Panamericana, skad juz busem do Panama City. Drugi wariant to ta sama droga pieszo, ale wszyscy zgodnie stwierdzaja ze isc po drodze to mala atrakcja. Trzecia mozliwosc, to doplyniecie lodka do ladu, troche w gore rzeki i wynajecie przewodnika ktory zaprowadzi nas do San Jose, malej wiochy, z ktorej powinnismy sie juz dostac do cywilizacji. Glosujemy i przechodzi wariant trekingu w dzungli, mimo ze nie wszyscy sa tym pomyslem zachwyceni. Miejscowi zwawo przygotowuja nam wode.
Wieczorem do imprezy dolaczaja amerykanki. Wypoczywa tez jedna francuska ktora, jak ustala JB, prowadzi badania jak rozne ludy i indianie radza sobie z medycyna. Goszczacej nas indiance wpada w oko kilku chlopakow i usmiecha sie do nich zalotnie, integrujemy sie z francuska a liq dostaje kosza od amerykanki, bo wykazal sie za duza ignorancja w temacie Spice Girls. Tomasowi troche nie spodobaly sie wystepy indian ktory nam zgotowali poznym wieczorem, wiec kladzie sie spac w restauracji na hamaku chrapiac soczyscie. Butelka lokalnego bimbru szybko sie konczy, wiec nie przedluzamy imprezy przygotowujac sie na nastepny ranek.
Nocna cisze przerywa tylko krotki, lekko pejoratywny dialog Pablosa z Tomasem i w ciszy dozywamy nastepnego dnia.