Triathlon: Through the Eyes of the Elite

15 czerwca 2010

Wczoraj, by nie było tak nudno i monotonnie, że ciągle tylko o tym bieganiu obejrzałem film o … triathlonie.

Triathlon, jako połączenie pływania, pedałowania na rowerze i standardowej przebieżki na koniec robi furorę na świecie. Wymyślono tę dyscyplinę zaledwie w latach 70-tych ubiegłego wieku, a już w roku 2000 triathlon stał się dyscypliną letnich igrzysk olimpijskich.

O tym właśnie film opowiada. Z jednej strony jest spojrzeniem jak elita trenuje, jakie nasi dzielni, amerykańscy sportowcy mają warunki i jak wiele czasu poświęcają na treningi. Z drugiej wspomina o kilku amerykanach i amerykankach chcących zakwalifikować się na igrzyska. Niestety, mimo że triathlon wymyślili amerykanie, to na pierwszych igrzyskach olimpijskich po złoto sięgnęli Szwajcarka i Kandyjczyk, a amerykanie znaleźli się daleko za czołówką.

Film jest przyjemny, pachnie oczywiście romantyzmem wobec niestrudzonych sportowców. Zaangażowanie w przygotowania jest ogromne nawet gdy chodzi o samo ukończenie dystansu, a co dopiero mówić o zawodowstwie. Nie wspomina on raczej o podstawach przygotowań czy możliwościach i wymaganiach organizmu i sprzętu. Myślę, że jest raczej dla osób, które interesują się sportami wytrzymałościowymi, lub same startują, bo dla postronnego obserwatora może wydać się, że to sport dla maniaków.

Stephen King – The Long Walk

25 maja 2010

Przegrzebując niezliczone ilości informacji w internecie trafiłem na wzmiankę o książce Stephena Kinga „The Long Walk”. Napisał ją jeszcze w 1979 roku pod pseudonimem, natomiast traktuje o ciekawym zagadnieniu.

Gdzieś w nieokreślonym, odmienionym trochę świecie medialnym organizowany jest Wielki Marsz. Bierze w nim udział 100 osób, z których zostanie wyłoniony jeden tylko zwycięzca. Jako jedyny też przeżyje, ponieważ na starcie każdy podpisuje wyrok śmierci na siebie. Marsz jest ciągły, bez przerw, w minimalnym tempie i tylko trzema ostrzeżeniami po których żołnierze wykonują swoją powinność. Całość transmitowana przez telewizję, ku uciesze milionów widzów na trasie, pozwala zarobić na zakładach u bukmacherów.

Z jednej strony chciałem poczytać co szanowny Stephen wymyślił na temat długotrwałego wysiłku, z drugiej co tam chciał zauważyć na temat sprzedawania swojego życia kamerom.

Warstwa merytoryczna mnie trochę zdziwiła. Od początku mowa jest, że minimalne tempo z jakim mają się chłopcy poruszać to 4 mile na godzinę. Trochę chodziłem w mieście po chodnikach, i dla mnie jest to dość szybkie tempo. Trudno mi zatem ocenić co autor miał na myśli pisząc, że znaczna część ludzi poruszała się od początku znacznie szybszym tempem. Bardzo pomysłowe jest sikanie w trakcie marszu idąc do tyłu, lub czołganie się z tą minimalną prędkością gdy stopy odmawiają posłuszeństwa. Jest trochę wątków o przyjaźni, miłości, radzeniu sobie z wycieńczeniem i bólem, prawie jak w opowieściach ultramaratończyków. Przejść 45 mil w 10 godzin to wyczyn godny podziwu …

Wątek mediów, zainteresowania gapiów i ogólnego zainteresowania śmiercią ociera się o the Ultimate Competition. Każdy ma jakąś historię, trochę wątków i opowieści, King wymyślił nawet trochę dramatyczności, ale na dłuższą metę opowieść o maszerujących i ginących nastolatkach średnio mnie wciągnęła. Cóż, to kolejny dowód na to, że trudno jest zrobić tego typu wysiłki, konkurencje, tak jak ultramaratony, interesującymi dla widzów.

Sam problem jest interesujący, bo można się zastanowić do jakich skrajności można się posunąć w mediach, na czym chcieć zarabiać oraz czym cieszyć oczy. Z drugiej strony, kto jest na tyle zdeterminowany by świadomie zgodzić się na swoją śmierć? Jak można podejmować jakiekolwiek wyzwanie mając świadomość że to mogą być ostatnie godziny życia i wszyscy ludzie obok Ciebie zginą?

Zawiodłem się nieco. Późniejsze powieści Kinga znacznie bardziej mnie interesowały, chociaż ostatnio z jego twórczością miałem styczność wiele lat temu.

Running the Sahara Desert

3 kwietnia 2010

Kilka lat temu Ewan McGregor i jego przyjaciel Charley Boorman zrealizowali swoje dwa marzenia. Przejechać motorem dookoła świata (Long Way Round) i z Londynu do RPA (Long Way Down). Cały projekt dokumentował kilkuodcinkowy serial opisujący historię przygotowań i samego wyjazdu. Bardzo wciągający i inspirujący kawałek telewizyjnego show.

W podobnym klimacie utrzymany jest „Runnin the Sahara Desert” o planie trzech ambitnych ultramaratończyków by przebiec Saharę z Zachodu na Wschód. Zaczynają w Senegalu by przez Mali, Niger, Libię i Egipt dotrzeć do Morza Czerwonego. Film opisujący ich przygody jest krótszy niż wspomniany wyżej Long Way … Może właśnie przez to brakuje mu polotu, duszy, czy czegokolwiek co interesuje. Faceci biegną. Ktoś, dla kogo ta forma sportu jest zupełną abstrakcją nie zrozumie jak ogromny to wysiłek, gdy panowie biegną, śpią i czasem się kłócą. 111 dni zamknięte w półtorej godziny wydaje się płytke i pozbawione sensu. Wcielając się w rolę mieszkańców Afryki zapytałbym „Po co ci głupi, biali ludzie to robią?”.

Film wydaje się płytki i ani nie służy do tego, by jakkolwiek poznać zaplecze takiego eksperymentu, ani wysiłku jaki jest w to włożony, ani nawet nie stanowi rozrywki na miarę dobrego TV show. Ot, kawałek filmu, który dokumentuje przygode kilku panów. Moim zdaniem ma on wartość jedynie dla nich i ich ewentualnych znajomych.