VII Bieg Marzanny
22 marca 2010Pierwszy krakowski półmaraton w sezonie odbył się w sobotę. Był to jednocześnie moje pierwsze 21 km. Przebiegnięte jednego dnia czyli rekord życiowy!
Przed biegiem
Półmaraton ten był z jednej strony etapem mojego ambitnego planu pobicia wszelkich rekordów biegowych na świecie już w tym roku, a jednocześnie wyzwaniem samym w sobie. Myślałem, że będzie łatwiej a tymczasem dzięki ignorancji lub przesadnej ambicji i wierze we własne siły czekała na mnie niespodzianka.
Jakiekolwiek sensowne przygotowania do tego dystansu zacząłem zaledwie 3 miesiące temu, gdzieś przed największymi mrozami, które w tym roku biły rekordy. Bieganie w zakresie -20 do 0 stopni przyzwyczaiło mnie do zimna. Niespodziewanie jednak w sobotę już od rana atmosfera była niezwykle ciepła, a słońce przyświecało coraz goręcej.
Strój na te dwie godziny dobrałem na kilkadziesiąt metrów przed startem, kiedy uznałem, że ubiorę się najlżej jak to możliwe. Krakowskie Błonia mają tę specyfikę, że biegnąc w jedną stronę wieje silny wiatr prosto w twarz a trasa biegnie lekko pod górę, natomiast w drugą stronę jest z górki i zupełnie bez ruchu powietrza.
Kilka wcześniejszych dni to stałe nawadnianie organizmu średnio po 3-4 litry wody dziennie. Zabrałem ze sobą wodę, poweraida, batonik, 0.5 l jogurtu po bieganiu i bułkę. Już na 10 minut przed startem zrozumiałem swój pierwszy błąd. Zostawiłem cały misternie przygotowany ekwipunek w depozycie. Oczywiście, nie wziąłem nawet złotówki i w ten sposób pozbawiłem się jakiegokolwiek picia jeszcze przed startem.
Wystartowali!
Ktoś w kogoś strzelił i wszyscy ruszyli jak tylko zdołali. W grupie około 500 osób było kameralnie, luźno, każdy biegł swoim tempem. Ja zacząłem w ogonie stawki, przezornie by się nie rozpędzać. Poczułem trochę sił, biegłem lekko, tempem treningowym powoli łykając co wolniejszych zawodników. Później część z nich i tak została w przedzie, jak to w naturze, nikt nie zginął.
Po dwóch z 6 okrążeń czułem dość duże pragnienie. Temperatura robiła swoje, punkt wodny organizatorzy i tak otworzyli od razu, a nie tak jak planowali po 2 kółkach. Ja się odwadniałem, piłem po 2 kubki na okrążenie a tego i tak było mało. Uratowała mnie kobieta, jak to w życiu mężczyzny bywa. Ewa po 3 kółkach dała mi Poweraida, więc nawadniałem się w trakcie w trybie pilnym, by jeszcze troche sił zachować.
Po 15 kilometrach już przystawałem, ostatnie 5 to właściwie minuta truchtu i 5 minut biegu. To ciekawe jak myśli o pewnym ukończeniu przeplatają się z myślami „co ja tu właściwie robię??!”.
Do połowy trzymałem tempo jakie wydawało mi się możliwe i realne, poniżej 2 godzin. Przystanki na spacerowanie zrobiły swoje. „Dość tych głupot” pomyślałem jeszcze i po 2 godzinach, 12 minutach i iluśtam sekundach w końcu ukazała się META!!! Banan, woda, medal, woda, gratulacje, woda, uściski, woda, całusy, woda, radość i woda, czyli wszystko czym musi zakończyć się bieg.
Skutki
Doszedłem do siebie dość szybko gdy nawadniałem się całą sobotę. Najbardziej czułem swoją przygodę po podeszwach stóp i mięśniach ud. Wszystko wydaje się być w porządku, ale wiem, że nogi mam. Zaskakująco okazało się również, że ucierpiały palce, te same na obu stopach. Czyżby buty były za małe i uciskały paznokieć? Głupio byłoby tracić paznokcie na głupim maratonie przez złe obuwie. Nigdy wcześniej nie miałem tego problemu.
Cóż, po to są starty by się uczyć. Używać wodę przed startem i brać zapas ze sobą na bieg, wszak z butelką biega mi się wygodnie. Ciekawe czy to osłabienie ogólne dało się we znaki, czy fakt, że zacząłem przystawać przerodził się w permanentny problem z wróceniem do stałego biegu. Zobaczymy w przyszłości.
Póki co jest ekstra :) Już dziś wybiorę się na krótką przebieżkę i kontynuuję treningi. Jeszcze 34 dni do kolejnych przygód.