IX Cracovia Maraton 2010

29 kwietnia 2010

Na początku stycznia wpadłem na ten genialny pomysł. Skoro miałem i tak w planach przebiec kiedyś maraton, dlaczego nie zrobić tego już wkrótce?

Prolog

Krakowski maraton był oczywisty, nigdzie nie będę musiał jechać, bieg i tak się odbędzie a niecałe 4 miesiące powinno wystarczyć do nabrania formy. Znalazłem prosty plan na 14 tygodni do zrealizowania. Jak to w przypadku planów bywa, tak i ten po drodze się zmienił, zmodyfikował. Ja kombinowałem po swojemu, organizm przekazywał swoje informacje a pogoda i tak miała wszystko w nosie. W ten sposób po dotarciu do średniej tygodniowej ok 40 km, przy najdłuższych wybieganiach po ok 25 km, różnych doświadczeniach z bieganiem na -20 stopniowym mrozie, w ubraniu termoaktywnym, po sprawdzeniu co mnie obciera i jak się najlepiej rozgrzewać spokojnie czekałem na niedzielę, 25 kwietnia.

Przed startem

Trasę zdąrzyłem częściowo poznać, biegałem i po Błoniach i bulwarach wiślanych czasami biegając w zupełnie inne strony dla urozmaicenia. Przeczytałem górę opinii o niewiedzy, że należy obiec Błonie przed wpadnięciem na metę, że czasem woda się kończy, że trasa będzie malowniczo płaska itp.

Trzy dni przed startem wydawało mi się że: Trudno cokolwiek powiedzieć o oczekiwaniach, podstawowym założeniem jest ukończenie i sprawdzian jak przyjmie taki wysiłek organizm. To da mi pogląd czego mogę od siebie oczekiwać, a na jakie góry na razie mogę popatrzeć. Nie zakładam konkretnego czasu, strzelam że zajmie mi to ok 4:30 h. Niby mam tydzień odpoczynkowy a wychodzą nikłe bóle w kolanach, mięśniach. Zamierzam wystartować w tempie 6 min / k, z półlitrówką wody w ręku, 2ma batonami na drogę a w trakcie upoluję jeszcze banana. Równym tempem biegnę do mety, zbieram medale, nagrody, fanfary i oklaski.

Początek

Pobudkę zrobiłem o 6:30, tak by mieć czas na lekkie śniadanie, wypicie jeszcze litra wody, przebranie się i dotarcie na start. Z plecakiem z kilkoma drobiazgami dotarłem na miejsce kwadrans przed startem. Takie są plusy mieszkania 15 minut od krakowskich Błoni, rozgrzewkę robię po drodze.

Tłum ludzi, wszyscy biegają by się rozgrzać, plotkują ze znajomymi i sznurują buty po raz trzydziesty. Jeszcze tylko ostatnia wycieczka do toalety, a dla niecierpliwych w pobliskie krzaki i ruszamy. Nie wiem, czy to plus czy minus, że oddałem plecak i już startowaliśmy. Może gdybym miał więcej czasu mógłbym się jeszcze pozamartwiać.

Ktoś kogoś postrzelił i maraton ruszył!

Pierwsza połówka

W maratonie, jak można się było spodziewać  wszyscy biegli. Bardzo przyjemna była to trasa, samymi znanymi uliczkami. Pętla na błoniach, jeszcze raz wzdłuż tej samej uliczki, pierwsza długa kolejka samochodów i syf na ulicy z porozrzucanymi kubkami, butelkami i gąbkami. Miło mi się biegło, równym tempem, spowalnianym przez towarzyszy, więc nic mnie nie poganiało. Na rynku już rozstawiały się ogródki, a nieliczni obcokrajowcy mogli dopingować przebiegających. Trasa bardzo dobrze mi znana i przyjemna pozwalała mi posłuchać opowieści biegnących niedaleko, pooglądać koszulki, ludzi kibicujących czy harcerzy obsługujących punkty żywieniowe.

Gdzieś po godzinie z naprzeciwka nadjechał samochód policyjny i lider przebiegł obok. Przed i za nim pojawiło się jeszcze kilka wózków. Szczęściarze, już niedługo dla nich ta męczarnia się skończy. W Nowej Hucie zaczęło się robić goręcej, trudniej, boleśniej i … przeszedłem do marszu po raz pierwszy.

Druga połówka

Poczęstowany przez miłą panią miętuskiem (nie skorzystałem, wszak jestem na diecie) wiedziałem, że przyjemność już się skończyła. Przeszedłem przez półmetek i poczęstowałem się pomarańczą od zachęcającej dziewczyny. Towarzyszy dookoła mnie było już coraz mniej. Do trzydziestego kilometra mijaliśmy się z kilkoma osobami, raz oni podbiegali, raz ja. Wyprzedzaliśmy się zmierzając do mety.

I tak, punkty żywieniowe się zwijały, woda kończyła, ludzie na błoniach z trudem zauważali, przypominani przez porządkowych, że odbywa się tam maraton. Parę osób jeszcze zachęcało do walki przed Błoniami a ja podbiegając liczyłem czas mojego marszu (9 min/km) i szanse na dotarcie przed zmrokiem. Było coraz goręcej, ja czułem kolkę, przeponę, ból w płucach, albo cokolwiek podobnego, coraz bardziej, i jeszcze mocniej marzyłem o tym by skończyć tę niedzielę.

Ostatnie kółko na Błoniach przed metą jest dość deprymujące. Idzie się obok ludzi, którzy mają te ostatnie kilometry już za sobą, by ostatecznie przejść 3 metry od mety, na ostatnie 3.5 km … Pozwoliłem sobie jeszcze na szaleństwo by przebiec ostatnią, kilometrową prostą i wpaść na metę. 5:23:48. Kiepsko jak cholera.

Ech… cztery dziewczyny zakładające medale, dzielące się wodą, przykrywające folią NRC to najmilszy akcent popołudnia. Naprawdę nie chciało mi się wstawać z ławki na mecie.

Epilog

Co zrobić po maratonie? Mój autorski pomysł to banan, odebranie depozytu, wylegiwanie się pół godziny w słońcu na trawie i idealne wyczucie czasu by trafić na darmowy autobus do domu. Opaliłem sobie twarz dość mocno, podobnie jak nogi i ręce. Przez najbliższe godziny mogłem się pozastanawiać co tu nie wyszło.

Wnioski są proste. Nie jestem do maratonu przygotowany. Organizm z trudem znosi takie obciążenia, więc przyda się bieganie dłuższych odcinków w przyszłości. Odżywanie się co godzinę i bieg z butelką by nawadniać się ile zdołam to bardzo dobry sposób.

Biegać, biegać … maraton trudny nie jest, wymaga tylko trochę silnej woli. Ja już na połówce zastanawiałem się, czy nie skorzystać z darmowego tramwaju, ale wiedziałem że będzie głupio tak po prostu zejść :) Fajne jest to doświadczenie, by wiedzieć „jak to jest”, ale na razie planuję pobiegać po górkach.


Ultramarathon Man: Confessions of an all-night runner

17 marca 2010

A co… pozwoliłem sobie. Tego Pana już wspominałem przy okazji jego projektu przebiegnięcia maratonu w każdym stanie USA. Tym razem poczytałem jego książkę, biografię napisaną jeszcze przed realizacją pomysłu maratonu na śniadanie.

Dean Karnazes, bo o nim mowa biegał od cholery w dzieciństwie, po czym przestał na kilkanaście lat. Wrócił do tego sportu dopiero w wyniku skondensowanego kryzysu wieku średniego w swoje 30-ste urodziny. Książka jest jego historią treningów i zawodów w szkole, a później powrotu do biegania i wyznaczania sobie kolejnych granic.

Najprzyjemniej czyta się opowieści o najbardziej przełomowych biegach. Opowieść jest lekka i przyjemna, bo niecodzień można poczytać o kolesiu zamawiającym pizze na środku pustkowia o 3 w nocy, albo dokładnej relacji z kilkunastogodzinnego biegu górskiego z perspektywy zawodnika. Wiele się może zdarzyć w takiej imprezie jak biegi terenowe, na orientację, czy choćby całodniowe chodzenie po górach – wie to każdy kto raz próbował.

Inna sprawa, że Dean jest maniakiem biegającym przez połowę czasu dnia. Znów, przykład godny gdy pasję można realizować nie zaniedbując codziennej pracy czy rodziny.

Ciekawym wątkiem są przyczyny biegania. Nie każdy może powiedzieć, że pierwszy maraton przebiegł zbierając po dolarze na cele charytatywne za każde okrążenie na szkolnej bieżni. W dorosłym życiu było to już nie tylko bieganie by zachęcić innych do ruchu na świeżym powietrzu, ale też zbiórka pieniędzy na przeszczepy serca.

To miła pozycja i gdy zacząłem czytać nie miałem ochoty przestawać.

50 maratonów w 50 stanach w 50 dni

18 lutego 2010

Filmów o maratonach ciąg dalszy. W 2006 Dean Karnazes, postać znana wśród światka ultrabiegaczy, zrealizował projekt 50 maratonów w 50 stanach w 50 dni. Dokumentuje to film „UltraMarathon Man: 50 Marathons – 50 States – 50 Days”.

Człowiek, który kilka godzin dziennie spędza na bieganiu tak czy inaczej,stwierdził że przebiegnie maratonów 50 w 50 dni, każdy w innym stanie USA a zakończy bieganie na maratonie w Nowym Jorku – największym chyba i najbardizej medialnym maratonie na świecie. Projekt ciekawy, na miarę ludzi, dla których „zwykłe” bieganie w maratonach 100,200 mil, 24 godziny i więcej już spowszedniało. Cel: charytatywny i motywujący, więc godny pochwały.

Karnazes stał się sławny po wydaniu książki „Ultramarathon Man: Confessions of an All-Night Runner”, więc ma już dobrą siłę przebicia na realizację takich projektów.

Przyszło mi na myśl, że fajnie byłoby w ten sposób właśnie poznawać np. stolice wszystkich krajów europejskich. Przebiec w nich po maratonie i nacieszyć się trochę. Takie weekendowe wypady za miasto. Ja na początek wybrałbym Paryż i np. Monte Carlo.

Swoją drogą, na ING New York City Marathon Course Video jest pokazana trasa nowojorskiego maratonu z pozycji biegacza.  Bardzo motywujący projekt, oglądam właśnie kolejny raz. Ciekawie byłoby wizualizować sobie trasę biegu, a nawet pooglądać trasy z poprzednich edycji. Wyobrażam już sobie zapis ścieżki Ultra Trail du Mount Blanc, albo polskiego Harpagana

http://www.ultramarathonman.com