Stephen King – The Long Walk

25 maja 2010

Przegrzebując niezliczone ilości informacji w internecie trafiłem na wzmiankę o książce Stephena Kinga „The Long Walk”. Napisał ją jeszcze w 1979 roku pod pseudonimem, natomiast traktuje o ciekawym zagadnieniu.

Gdzieś w nieokreślonym, odmienionym trochę świecie medialnym organizowany jest Wielki Marsz. Bierze w nim udział 100 osób, z których zostanie wyłoniony jeden tylko zwycięzca. Jako jedyny też przeżyje, ponieważ na starcie każdy podpisuje wyrok śmierci na siebie. Marsz jest ciągły, bez przerw, w minimalnym tempie i tylko trzema ostrzeżeniami po których żołnierze wykonują swoją powinność. Całość transmitowana przez telewizję, ku uciesze milionów widzów na trasie, pozwala zarobić na zakładach u bukmacherów.

Z jednej strony chciałem poczytać co szanowny Stephen wymyślił na temat długotrwałego wysiłku, z drugiej co tam chciał zauważyć na temat sprzedawania swojego życia kamerom.

Warstwa merytoryczna mnie trochę zdziwiła. Od początku mowa jest, że minimalne tempo z jakim mają się chłopcy poruszać to 4 mile na godzinę. Trochę chodziłem w mieście po chodnikach, i dla mnie jest to dość szybkie tempo. Trudno mi zatem ocenić co autor miał na myśli pisząc, że znaczna część ludzi poruszała się od początku znacznie szybszym tempem. Bardzo pomysłowe jest sikanie w trakcie marszu idąc do tyłu, lub czołganie się z tą minimalną prędkością gdy stopy odmawiają posłuszeństwa. Jest trochę wątków o przyjaźni, miłości, radzeniu sobie z wycieńczeniem i bólem, prawie jak w opowieściach ultramaratończyków. Przejść 45 mil w 10 godzin to wyczyn godny podziwu …

Wątek mediów, zainteresowania gapiów i ogólnego zainteresowania śmiercią ociera się o the Ultimate Competition. Każdy ma jakąś historię, trochę wątków i opowieści, King wymyślił nawet trochę dramatyczności, ale na dłuższą metę opowieść o maszerujących i ginących nastolatkach średnio mnie wciągnęła. Cóż, to kolejny dowód na to, że trudno jest zrobić tego typu wysiłki, konkurencje, tak jak ultramaratony, interesującymi dla widzów.

Sam problem jest interesujący, bo można się zastanowić do jakich skrajności można się posunąć w mediach, na czym chcieć zarabiać oraz czym cieszyć oczy. Z drugiej strony, kto jest na tyle zdeterminowany by świadomie zgodzić się na swoją śmierć? Jak można podejmować jakiekolwiek wyzwanie mając świadomość że to mogą być ostatnie godziny życia i wszyscy ludzie obok Ciebie zginą?

Zawiodłem się nieco. Późniejsze powieści Kinga znacznie bardziej mnie interesowały, chociaż ostatnio z jego twórczością miałem styczność wiele lat temu.