Podsumowanie miesiąca, maj 2010

31 maja 2010

Maj wyszedł na zero. Miał swoje plusy, miał i minusy  i teraz chodzi o to żeby te plusy ujemne nie przysłoniły nam plusów dodatnich, jak mawiał bohater „Misia”.

Życiowo maj rozpocząłem od wycieczki do Szczecina na pierwszy, dłuższy niż zwykły, majowy weekend. Dochodząc powoli do siebie po bieganiu maratonu odpoczywałem od regularnego biegania. W ten sposób w pierwszej połowie miesiąca jedynym akcentem sportowym okazał się Harpagan 39.

Harpagan 39

Początkowo zupełnie miałem się na tej imprezie nie pojawić. Wiedziałem, że forma fizyczna czy psychiczna o tej porze roku nie będzie jeszcze rewelacyjna do pokonania dystansu 100 km, a z drugiej strony głównym celem było ukończenie maratonu 25 kwietnia. Harpagan jako pomysł pojawił się po drodze, ja natomiast start w tej imprezie zostawiłem sobie na jesień, na H-40. Poprzez kilka zawirowań w świecie w kwietniu termin został zmieniony na drugi weekend maja, przez co był to bardziej wypad towarzyski.

Harpagan pokazuje, że życie stawia przed nami co raz to nowe wyzwania. Deszcz padający od kilku dni, oraz przez kilka pierwszych godzin pokazał do mnie oczko i przypomniał jak mało wiem o sporcie w deszczu, do którego jestem nieprzygotowany. Pospieszny zakup stuptutów nie przydał się na wiele tym razem. 30 minut po starcie w butach był basen, zaczynały się obtarcia rozmiękczonej skóry i pierwsze myśli o powrocie.

Samotny spacer ulicami Pomorza i powrót do Gdańska Osowa o 3 nad ranem uświadomił mi jak wiele jest przyjemnosci w chodzeniu w takich warunkach, włóczeniu się nawet kiedy pada. Przez długą chwilę było to znacznie przyjemniejsze niż rywalizacja, bieg za tłumem do kolejnego punktu kontrolnego. Wycofałem się zbyt szybko, właściwie poddając się na starcie i tłumacząc nieumiejętnością dbania o stopy przy takiej pogodzie. Reszta byłaby znośna, deszcz swobodnie po mnie spływał i temperatura była idealna.

Wiele błędów natomiast zapamiętam na przyszłość:

  • Należy zastanowic się jak zadbać o stopy na przewidywane 20 godzin marszu w deszczu.
  • Pamiętać o sudokremie, mieć przy sobie tak samo jak taśmę i nożyczki
  • Wyjście bez rozgrzewki do tempa narzucanego przez innych (nie mam za złe kompanom) to prosta droga do naciągnięcia ścięgien.
  • Jeśli już się idzie na imprezę, warto się na niej skupić a nie po godzinie obmyślać problemy w domu. Do mnie przez weekend spływały „newsy” i kolejny PK był ostatnią rzeczą o jakiej myślałem w trakcie wędrówki.
  • Na plus: getry, polar i wiatrówka są świetnym zestawem nawet na deszcz. Do tego polarowa czapka lub buff, plecak w pokrowiec i mogę gnać. Problemem są „tylko” buty i stopy.
  • Mapę należy na sucho (np. pod daszkiem) ułożyć sobie wygodnie w koszulce by nie zamokła już na starcie. Podobnie karta startowa do podbijania musi być zapakowana w folię. Można podbijać przez nią, zapisywać też czasy, gdziekolwiek, choćby na dyktafon jeśli jest szybciej.

I tyle pierwszej setki po 2.5 roku nieobecności na Harpaganie. Na razie postęp idzie po równi pochyłej w dół i żadne tam do trzech razy sztuka.

Siłą rzeczy przez to doświadczenie odpuściłem Kierat tydzień później, mimo że był opłacony.

Bieganie

Bieganie rozpocząłem dopiero 15-tego maja. Licznik wskazuje 90 km, natomiast liczy się jakość, a ta nie powala. Próbowałem z grubej rury biegać częściej, jednak jak się okazało organizm nie chce jeszcze 3 dni biegowych pod rząd. Mięśnie sztywne, nadwyrężone nie chcą takiego wysiłku nawet po rozgrzewaniu.

Zacząłem natomiast biegać po pagórkach. Las Wolski okazał się świetnym terenem. Mogę tam biegać codziennie po pracy mijając też Kopiec Kościuszki.

Tatry

W ostatnią sobotę maja wybrąłem się za to w Tatry. Wyjazd nieco dla sprawdzenia warunków i przygotowania na długi weekend czerwcowy i moje fastpackowe pomysły. Kondycyjnie jestem bardzo zadowlony, mimo że mięśnie i ścięgna trochę to odczuły.

Widoki w górach kończyły się po 20 metrach, było trochę śniegu, ale odczuwalnie nie było różnicy pomiędzy dolinami a szczytami powyżej 1800 metrów. Padający deszcz natomiast sprawdził moją reakcję na taką pogodę, a strój zbliżony do harpaganowego sprawdził się idealnie.

Tak kończy się miesiąc maj, gdzie słońce widać było przez 3 dni. Czerwiec to plan biegania 4 razy w tygodniu, za to na większe dystanse.

Podsumowanie miesiąca, kwiecień 2010

1 maja 2010

Mało treningów, a na koniec maraton. Bywało w życiu lepiej.

Początek był niezły, trzymałem się ok 40 km tygodniowo bez problemu. W neidzielę wielkanocną dla odmiany nawet wybierająć się na szybkie kilka godzin w zakopiańskich górach. Potem, gdzieś po drodze, zapomniałem o niezbędniku rozciągania i zaczynając biegi po 10 minutach miałem sztywne mieśnie i nie chciało mi się na siłę w takim bólu biegać. Dzięki temu raz wróciłem z biegania pieszo bardzo wcześnie … Pooglądałem biegowe okolice Balic, nauczyłem się też biegać w deszczu. Strój na każdą pogodę mam skompletowany i warunki atmosferyczne nie są mi straszne.

W zamian nadrabiałem jeszcze dystans pieszym chodzeniem do domu, ale wiele to w całym poglądzie nie zmieniło. Ostatni bieg przez maratonem zrobiłem w poniedziałek, więc rzuciłem się na zawody po tygodniowej przerwie. Bogatszy dzięki temu jestem o koszulkę New Balance i puszkę bezalkoholowego piwa w lodówce od organizatorów. Jedno czego mi z pewnością brakuje, to przyzwyczajenia do niewygody psychicznej i bólu w trakcie biegania. Następny maraton może na jesieni.

Po małych kombinacjach mam nowe buty do biegania po górkach i piachu, które zamierzam mocniej sprawdzić już na Harpaganie za tydzień. Kończąc zatem te na siłę naciągane 160 km w miesiącu udaję się na majówkę do Szczecina.

IX Cracovia Maraton 2010

29 kwietnia 2010

Na początku stycznia wpadłem na ten genialny pomysł. Skoro miałem i tak w planach przebiec kiedyś maraton, dlaczego nie zrobić tego już wkrótce?

Prolog

Krakowski maraton był oczywisty, nigdzie nie będę musiał jechać, bieg i tak się odbędzie a niecałe 4 miesiące powinno wystarczyć do nabrania formy. Znalazłem prosty plan na 14 tygodni do zrealizowania. Jak to w przypadku planów bywa, tak i ten po drodze się zmienił, zmodyfikował. Ja kombinowałem po swojemu, organizm przekazywał swoje informacje a pogoda i tak miała wszystko w nosie. W ten sposób po dotarciu do średniej tygodniowej ok 40 km, przy najdłuższych wybieganiach po ok 25 km, różnych doświadczeniach z bieganiem na -20 stopniowym mrozie, w ubraniu termoaktywnym, po sprawdzeniu co mnie obciera i jak się najlepiej rozgrzewać spokojnie czekałem na niedzielę, 25 kwietnia.

Przed startem

Trasę zdąrzyłem częściowo poznać, biegałem i po Błoniach i bulwarach wiślanych czasami biegając w zupełnie inne strony dla urozmaicenia. Przeczytałem górę opinii o niewiedzy, że należy obiec Błonie przed wpadnięciem na metę, że czasem woda się kończy, że trasa będzie malowniczo płaska itp.

Trzy dni przed startem wydawało mi się że: Trudno cokolwiek powiedzieć o oczekiwaniach, podstawowym założeniem jest ukończenie i sprawdzian jak przyjmie taki wysiłek organizm. To da mi pogląd czego mogę od siebie oczekiwać, a na jakie góry na razie mogę popatrzeć. Nie zakładam konkretnego czasu, strzelam że zajmie mi to ok 4:30 h. Niby mam tydzień odpoczynkowy a wychodzą nikłe bóle w kolanach, mięśniach. Zamierzam wystartować w tempie 6 min / k, z półlitrówką wody w ręku, 2ma batonami na drogę a w trakcie upoluję jeszcze banana. Równym tempem biegnę do mety, zbieram medale, nagrody, fanfary i oklaski.

Początek

Pobudkę zrobiłem o 6:30, tak by mieć czas na lekkie śniadanie, wypicie jeszcze litra wody, przebranie się i dotarcie na start. Z plecakiem z kilkoma drobiazgami dotarłem na miejsce kwadrans przed startem. Takie są plusy mieszkania 15 minut od krakowskich Błoni, rozgrzewkę robię po drodze.

Tłum ludzi, wszyscy biegają by się rozgrzać, plotkują ze znajomymi i sznurują buty po raz trzydziesty. Jeszcze tylko ostatnia wycieczka do toalety, a dla niecierpliwych w pobliskie krzaki i ruszamy. Nie wiem, czy to plus czy minus, że oddałem plecak i już startowaliśmy. Może gdybym miał więcej czasu mógłbym się jeszcze pozamartwiać.

Ktoś kogoś postrzelił i maraton ruszył!

Pierwsza połówka

W maratonie, jak można się było spodziewać  wszyscy biegli. Bardzo przyjemna była to trasa, samymi znanymi uliczkami. Pętla na błoniach, jeszcze raz wzdłuż tej samej uliczki, pierwsza długa kolejka samochodów i syf na ulicy z porozrzucanymi kubkami, butelkami i gąbkami. Miło mi się biegło, równym tempem, spowalnianym przez towarzyszy, więc nic mnie nie poganiało. Na rynku już rozstawiały się ogródki, a nieliczni obcokrajowcy mogli dopingować przebiegających. Trasa bardzo dobrze mi znana i przyjemna pozwalała mi posłuchać opowieści biegnących niedaleko, pooglądać koszulki, ludzi kibicujących czy harcerzy obsługujących punkty żywieniowe.

Gdzieś po godzinie z naprzeciwka nadjechał samochód policyjny i lider przebiegł obok. Przed i za nim pojawiło się jeszcze kilka wózków. Szczęściarze, już niedługo dla nich ta męczarnia się skończy. W Nowej Hucie zaczęło się robić goręcej, trudniej, boleśniej i … przeszedłem do marszu po raz pierwszy.

Druga połówka

Poczęstowany przez miłą panią miętuskiem (nie skorzystałem, wszak jestem na diecie) wiedziałem, że przyjemność już się skończyła. Przeszedłem przez półmetek i poczęstowałem się pomarańczą od zachęcającej dziewczyny. Towarzyszy dookoła mnie było już coraz mniej. Do trzydziestego kilometra mijaliśmy się z kilkoma osobami, raz oni podbiegali, raz ja. Wyprzedzaliśmy się zmierzając do mety.

I tak, punkty żywieniowe się zwijały, woda kończyła, ludzie na błoniach z trudem zauważali, przypominani przez porządkowych, że odbywa się tam maraton. Parę osób jeszcze zachęcało do walki przed Błoniami a ja podbiegając liczyłem czas mojego marszu (9 min/km) i szanse na dotarcie przed zmrokiem. Było coraz goręcej, ja czułem kolkę, przeponę, ból w płucach, albo cokolwiek podobnego, coraz bardziej, i jeszcze mocniej marzyłem o tym by skończyć tę niedzielę.

Ostatnie kółko na Błoniach przed metą jest dość deprymujące. Idzie się obok ludzi, którzy mają te ostatnie kilometry już za sobą, by ostatecznie przejść 3 metry od mety, na ostatnie 3.5 km … Pozwoliłem sobie jeszcze na szaleństwo by przebiec ostatnią, kilometrową prostą i wpaść na metę. 5:23:48. Kiepsko jak cholera.

Ech… cztery dziewczyny zakładające medale, dzielące się wodą, przykrywające folią NRC to najmilszy akcent popołudnia. Naprawdę nie chciało mi się wstawać z ławki na mecie.

Epilog

Co zrobić po maratonie? Mój autorski pomysł to banan, odebranie depozytu, wylegiwanie się pół godziny w słońcu na trawie i idealne wyczucie czasu by trafić na darmowy autobus do domu. Opaliłem sobie twarz dość mocno, podobnie jak nogi i ręce. Przez najbliższe godziny mogłem się pozastanawiać co tu nie wyszło.

Wnioski są proste. Nie jestem do maratonu przygotowany. Organizm z trudem znosi takie obciążenia, więc przyda się bieganie dłuższych odcinków w przyszłości. Odżywanie się co godzinę i bieg z butelką by nawadniać się ile zdołam to bardzo dobry sposób.

Biegać, biegać … maraton trudny nie jest, wymaga tylko trochę silnej woli. Ja już na połówce zastanawiałem się, czy nie skorzystać z darmowego tramwaju, ale wiedziałem że będzie głupio tak po prostu zejść :) Fajne jest to doświadczenie, by wiedzieć „jak to jest”, ale na razie planuję pobiegać po górkach.