Podsumowanie kwartału, lipiec-wrzesień 2010

30 września 2010

Tyle atrakcji przez te trzy miesiące się wydarzyło, że komu by się chciało w trakcie pisać podsumowania :) Ale dziś wypada, jako wnioski na przyszłość.

Lipiec

Zupełny brak biegania, a to za sprawą najpierw ponad 3 tygodni gdzieś na bałkanach, a następnie tygodnia spędzonego w Kostrzynie na Przystanku Woodstock. Najpierw spanie w namiocie i żywienie na chlebie, pasztecie i kabanosach a potem … właściwie to samo. Próbuję stworzyć osobne posty na ten temat, póki co niespiesznie.

Żeby nie było bezowocnie pochodziłem po górach Bośniackich i Macedońskich. Nie jakoś szczególnie wymagające, ale przyjemne. Pojawił się też epizod biegowy, gdy przebiegłem kilometr spod spożywczego na plażę po tym, jak wracałem tam w poszukiwaniu buffa. Buff się znalazł i z radości trzeba było go użyć ;)

Siepień

Już lepiej. Przebiegłem niecałe 100 km, jakoś trudno było mi wrócić do biegania po przerwie. Chwilę zajęło dotarcie do swobodnego 12 km przebiegania na raz. Może po części to skutek upałów, i zmiennej pogody. Mocno chaotycznie i wymuszenie. W międzyczasie zawitałem też na Bieg Katorżnika w Lublińcu ale nadużyciem byłoby nazywanie tego biegiem.

W sierpniu natomiast pożegnałem się z ostatnią firmą i zaczynam zupełnie inny kierunek zawodowy. Będzie zabawnie!

Wrzesień

No, teraz to mi się podoba. Średnia tygodniowa 30 km, łącznie w miesiącu 140 km. Za to sensownie, pracowicie, bez opierdzielania się i kombinacji, a jedno wyjście to 9 lub 12.5 km. Głównie niestety biegałem po asfaltach z wygody i łatwiejszego odnajdywania drogi po ciemku. Ostatnio kombinuję z interwałami na odcinku 400 metrów, w tempie 5:00/km. Serce dostało impulsu, i zaczyna pracować, więc zdarzają mi się nawet wyjścia swobodne gdzie 10 km pada w tempie 5:10. Tyle statystyki, natomiast mnie cieszy progres.

Na koniec miesiąca najfajniejszy akcent ostatnich czasów. Przebiegłem się dziś po Lasku Wolskim, a dzięki mokrości ogólnej nie było tam nikogo. Eleganckie bieganie po lasach, wiewióry, błoto, wspinanie pod górę – sama sympatyczność. Tak właśnie lubię biegać. Nawet na tę okazję zmieniłem buty na przykurzone już Trabuco i … jest elegancko. Lżej zasznurowane buty nie obcierają tak jak to ostatnio zapamiętałem. Na razie brak otarć na zapiętku prawej stopy, brak bólu na podbiciu lewej. Bieganie w deszczu też już zaliczyłem w temperaturze ok 10 stopni. Ostatnio chyba biegałem w takiej aurze wczesną wiosną, a teraz jest jeszcze przyjemniej.

Do listy dolegliwości aktualnych zapomniałem dodać tradycyjnego już odczucia z tyłu kolana prawej nogi. Coś sobie naciągnąłem w czasie Harpagana i tak od tej pory czuję, że coś tam siedzi. Nie jest to ból ani się nie zmienia więc ignoruję. Ostatnio natomiast odezwało się rozcięgno podeszwowe lewej stopy, więc kontroluję. Butelka lodu w lodówce leżakuje.

Plan?

Zima idzie. Chłody, deszcze i ciemności. Nie wiem jeszcze co z tego wyniknie, na pewno przyjdzie mi biegać po ulicach i chodnikach, przy zerowych górkach i w ciemnościach. Ze względu na przeprowadzkę do Warszawy będę szukał po ciemnku nowych ścieżek biegowych co już może być zupełnym porąbaniem. No nic, zobaczę czy uda mi się trzymać poziom 4-5 wyjść tygodniowo, a jeśli tak to podniesienie długości jednego wyjścia do 12-15 km jest w zasięgu moich możliwości :)

I tym optymistycznym akcentem idę rozwiesić mokre, acz czyste już ciuchy do biegania.

Książka o Przystanku Woodstock

20 sierpnia 2010

Jako już kilkukrotny bywalec najciekawszego moim zdaniem spotkania z ludzmi pod chmurką w Polsce, z przyjemnością zakupiłem książkę o historii tego wydarzenia. Lektura wciąga.

Skąd się wziął Przystanek Woodstock i jak działa zawsze mnie ciekawiło. W tym roku, dla odmiany od lat poprzednich, zaokrętowałem się do ekipy służb czuwających nad działaniem imprezy – Pokojowego Patrolu, czerwonych koszulek. Książka jest wywiadem dziennikarza z organizatorem festiwalu, Jurkiem Owsiakiem. Ten, jak zwykle lubi opowiadać, a ma co, po tych kilkunastu latach przejść z najrózniejszymi ludzmi, grupami, organizacjiami.

Początki bawią, załatwianie wszystkiego przypomina bardziej kombinacje, niż organizacje. Powolne dochodzenie do rozwiązań spotykanych dzisiaj, mediacje z zespołami, poznawanie nowych ludzi mających kontakt do kolejnych artystów. Szukanie odpowiedniego miejsca gdzie można zorganizować koncerty.

Książka wszystkie te historie wymienia, opisuje w zabawny sposób, szczerym językiem. Do tego dochodzi cała masa zdjęc. Jeszcze milej czytać o imprezie, w której sam uczestniczyłem, korzystałem z niej i pamiętam co się wtedy działo.

Osoby, które na Przystanku nie były i mają o nim krytyczne zdanie zapewne nie polubią tej pozycji. Ja zawsze namawiam, by pojechać, spędzić wśród ludzi kilka dni, wtedy oceniać.

VI Bieg Katorżnika

17 sierpnia 2010

Najprawdopodobniej będzie to ostatnia impreza biegowa/zorganizowana w tym roku w której wezmę udział. Wypad jednak był sympatyczny, a przygód nigdy za wiele.

Na Bieg Katorżnika zapisać się trzeba było gdzieś w marcu czy kwietniu. Wtedy miałem ochotę, a że opłacone i przygotowane – jedziemy. Miejsce i miasto organizacji – idealne. Lubliniec to jedna z tych osad, kiedy zawsze zastanawiam się po co ona w ogóle istnieje środku tej dziczy. Niedziela, rynek 3 metry na 2. Większość lokali i sklepów zamknięta, na szczęście trafiłem do małej restauracji na obiado kolację.

Dopiero na miejscu okazało się, że impreza jest zdecydowanie dla zmotoryzowanych, bo dotarcie na miejsce to jeszcze ok 10 kilometrów. Fajnie, że w Polsce znacznie łatwiej jest się dogadać o stopa. Rejestracja, instalacja karimaty i śpiwora na sali gimnastycznej i można skoczyć na rodzinny, piwny festyn diskopolowy. Zespół grał ze 2 godziny, a dziewczyna wśród nich twardo udawała przez cały ten czas, że gra na skrzypcach. Jest zabawa. Na miejscu jeszcze spotkaliśmy małżeństwo ślązaków. Fajnie poznać nowych ludzi, niekoniecznie biegaczy.

Sam Bieg Katorżnika jest moim zdaniem dobrze rozkręconą medialną imprezą, ewentualnie sposobem na spotkanie się w większym towarzystwie. Na pewno piwo po dwóch godzinach brodzenia w błocie smakuje wybornie. Dla mnie była to brudna przechadzka. Biegania było tyle co po bułki do sklepu, a cała atrakcja to błoto w butach i wskakiwanie i wyskakiwanie z rowów melioracyjnych. Trasa fajna, atmosfera gorąca, a burza i deszcz tylko dodaje uroku całości.

Nie widzę w tym rywalizacji, raczej pomoc słabszym, głównie się ludzie trzymają w grupach, bo i tak się nie da nikogo omijać i prześcigać. Za cenę 100 zł rozumiem, gdzie są koszta, ale szkoda tych 8 godzin w pociągach. Na szczęście w tym czasie przeczytałem całą książkę, i może też patrzenie na Bieg Katorżnika przez pryzmat wizji biegania jako radości życia mi nie pasował.

Może to dobre miejsce dla lubiących atrakcje typu Selekcja, Biegi Komandosa i inne maczo-wydarzenia. Ja nie czuję, bym musiał sprawdzać w ten sposób swoją męskość, więc na kolejne edycje się nie wybiorę. Czas 1:30 h, miejsce nie wiem które. Trasa bardzo łatwa, nie zdąrzyłem się zmęczyć. Może gdybym pchał się do czołówki satysfakcja była by większa.

W przyszłym roku popluskam się w błocie na XVII Przystanku Woodstock, a co … !