VI Bieg Katorżnika
17 sierpnia 2010Najprawdopodobniej będzie to ostatnia impreza biegowa/zorganizowana w tym roku w której wezmę udział. Wypad jednak był sympatyczny, a przygód nigdy za wiele.
Na Bieg Katorżnika zapisać się trzeba było gdzieś w marcu czy kwietniu. Wtedy miałem ochotę, a że opłacone i przygotowane – jedziemy. Miejsce i miasto organizacji – idealne. Lubliniec to jedna z tych osad, kiedy zawsze zastanawiam się po co ona w ogóle istnieje środku tej dziczy. Niedziela, rynek 3 metry na 2. Większość lokali i sklepów zamknięta, na szczęście trafiłem do małej restauracji na obiado kolację.
Dopiero na miejscu okazało się, że impreza jest zdecydowanie dla zmotoryzowanych, bo dotarcie na miejsce to jeszcze ok 10 kilometrów. Fajnie, że w Polsce znacznie łatwiej jest się dogadać o stopa. Rejestracja, instalacja karimaty i śpiwora na sali gimnastycznej i można skoczyć na rodzinny, piwny festyn diskopolowy. Zespół grał ze 2 godziny, a dziewczyna wśród nich twardo udawała przez cały ten czas, że gra na skrzypcach. Jest zabawa. Na miejscu jeszcze spotkaliśmy małżeństwo ślązaków. Fajnie poznać nowych ludzi, niekoniecznie biegaczy.
Sam Bieg Katorżnika jest moim zdaniem dobrze rozkręconą medialną imprezą, ewentualnie sposobem na spotkanie się w większym towarzystwie. Na pewno piwo po dwóch godzinach brodzenia w błocie smakuje wybornie. Dla mnie była to brudna przechadzka. Biegania było tyle co po bułki do sklepu, a cała atrakcja to błoto w butach i wskakiwanie i wyskakiwanie z rowów melioracyjnych. Trasa fajna, atmosfera gorąca, a burza i deszcz tylko dodaje uroku całości.
Nie widzę w tym rywalizacji, raczej pomoc słabszym, głównie się ludzie trzymają w grupach, bo i tak się nie da nikogo omijać i prześcigać. Za cenę 100 zł rozumiem, gdzie są koszta, ale szkoda tych 8 godzin w pociągach. Na szczęście w tym czasie przeczytałem całą książkę, i może też patrzenie na Bieg Katorżnika przez pryzmat wizji biegania jako radości życia mi nie pasował.
Może to dobre miejsce dla lubiących atrakcje typu Selekcja, Biegi Komandosa i inne maczo-wydarzenia. Ja nie czuję, bym musiał sprawdzać w ten sposób swoją męskość, więc na kolejne edycje się nie wybiorę. Czas 1:30 h, miejsce nie wiem które. Trasa bardzo łatwa, nie zdąrzyłem się zmęczyć. Może gdybym pchał się do czołówki satysfakcja była by większa.
W przyszłym roku popluskam się w błocie na XVII Przystanku Woodstock, a co … !

