Egzamin dla kandydatów na kurs kontrolera ruchu lotniczego

10 marca 2010

O pracy kontrolera ruchu lotniczego słyszałem pierwszy raz około rok temu. Znów trwa nabór, więć i ja wysłałem moją aplikację. Poniżej zostawiam mój zapis i kilka refleksji z pierwszego etapu rekrutacji na wymarzoną wieżę kontroli lotów.

Przygotowanie

From: http://www.airport-int.com/upload/image_files/suppliers/gallery/2839/ground_to_air_communications/atc_tower_plane_1.jpgGrupa około stu osób oczekiwała cierpliwie na możliwość wejścia do sali egzaminacyjnej. Niektórzy z obecnych byli tu już kolejny raz z rzędu, próbując dostać się na wymarzony kurs. Może część jest pasjonatami lotnictwa, może niektórzy szukają w tym zajęciu swojej szansy. Każdy ma swój powód, ja też.

Czego się można spodziewać po wysłaniu aplikacji wstępnej, jako kandydat? Odpowiedź jest prosta: maila z zaproszeniem na egzamin wstępny. To pewnie najlepszy sposób na odsiew chętnych. Oficjalnym kryterium przejścia przez pierwszą część jest odpowiednia znajomość języka angielskiego oraz wykazanie się predyspozycjami. Godzina zaledwie wystarczy, by sprawdzić obie te rzeczy!

To ciekawe doświadczenie, siedzieć w pełnej sali ludzi, wiedząc że tylko około 5% z obecnych spotka się z egzaminatorami w przyszłości, na kolejnych rozmowach lub już na kursie. Atmosfera zupełnie inna niż na tradycyjnych testach na studiach. Nie ma powtarzania tematu na ostatnią chwilę, przygotowania ściąg, zastanawiania się obok kogo usiąść by było łatwiej zapytać w trudnej chwili. Tu każdy jest dla siebie konkurencją, ale jak się przyjdzie ze znajomym, to czemu mu nie pomóc?

Wchodzimy do sali. Pani prosi o zajmowanie miejsc z przodu, jednak większość osób szuka miejsc lekko z tyłu, chowając się za kimś. Ja dziś mam ochotę na odmianę. Siadam w najbardziej środkowej kolumnie, w najbardziej na przód wysuniętym rzędzie. Miejsce twarzą w twarz z egzaminatorami. Wybornie. Długopis, dowód osobisty i paczka chusteczek na stół i możemy zaczynać.

Część pierwsza: angielski

Typowy test z angielskiego, prosto z Cambridge. Widziałem takich wiele przygotowując się do egzaminu CAE. Widziałem też takie w firmach na wstępnych testach z angielskiego, w trakcie procesu rekrutacji. Najpierw 40 pytań w 20 minut. Później osobna część 20 pytań na następne 10 minut. Zaczyna się łatwo. Test wyboru odpowiedzi A,B,C,D sprawdza czy wiem, gdzie znajduje się napis „nie parkować na chodniku”, „najlepiej spożyć przed .. ” itp. Później tekst o gwiazdach na niebie, podróży kolumba, zębach Brytyjczyków i już typowe gramatycznie zdania, sprawdzające czy znam konstrukcje zdań warunkowych, idiomów, związków frazeologicznych i innych.

Zrobiłem swoich błędów kilka. Czy znajomość tych wszystkich reguł jest niezbędna do porozumiewania się, rozumienia co do mnie mówi ktoś inny? Nikt nie sprawdza, czy znajomość gramatyki idzie w parze z umiejętnością zrozumienia. Kilka zdań wymienione z amerykańskim biznesmen, którego spotkałem 10 minut przed egzaminem w holu hotelu utwierdza mnie w przekonaniu, że angielski to mój drugi język bardziej niż test.

Część druga: sprawdzian predyspozycji

Drugie pół godziny przypomina test inteligencji.

  • Zadanie kreślenia trasy samolotu, jak w labiryncie.
  • Orientacja wg. kierunków świata i róży wiatrów
  • Co nie pasuje wśród innych elementów.
  • Uzupełnianie ciągów liczbowych, literowych, mieszanych.
  • Zadanie tworzenia kwadratu magicznego
  • Obliczanie średniej prędkości na trasie
  • Proste zadania matematyczne z kilkoma niewiadomymi.

Nie brakuje też pytań z orientację przestrzenną:

  • Mając widok trójwymiarowy figury należy ocenić jak będzie to wyglądało z boku, lub z dołu.
  • Mająć figurę jak na obrazku obok, z kolorowymi wzorami na ścianach należy wybrać które sześciany z podanych w zadaniu można stworzyć, a których nie.

Test z jednej strony nie jest trudny, wystarczy dość szybko wymyślić sposób rozwiązania tych problemów, jednocześnie jednak wymaga pewnego obycia z podobnymi testami. Na pewno da się to wszystko rozwiązać za pierwszym razem.

Ja nie zrobiłem wielu błędów, ale zawsze kilka było.

Przyszłość i wnioski

Ktoś mnie zapytał czy się stresuję przed takimi egzaminami. Cóż … ani trochę. Tak już mam, w końcu to tylko test i nie zależy od niego ani moja edukacja, ani życie. Wiadomo, że idzie się na niego, by zdać jak najlepiej a nie by się przejechać na godzinę do Warszawy.

Mnie podróż kosztowała 3 godziny w każdą stronę. Wielu było z Wrocławia, Białegostoku, Poznania. Wyniki poznają wybrańcy za tydzień, gdy skontaktują się z nimi egzaminatorzy.

Czy takie testy mierzą cokolwiek? Znajomość angielskiego w jakiś sposób tak, na pewno jednak nie praktycznej. Znam z autopsji przypadki osób świetnie wyszkolonych teoretycznie, nie potrafiących swojej wiedzy użyć. Ja mam odwrotnie, dogadam się po angielsku z każdym, ale podobnie jak z językiem polskim – wszystkich zasad gramatycznych na pamięć nie znam. Test predyspozycji mierzy jakąś pomysłowość czy umiejętność myślenia. Ktoś oderwany od klucza francuskiego czy wprost zza lady w barze „U Staszka” nie będąc idealnym kandydatem odpadnie.

Epilog

Po dotarciu autobusem 175 na Dworzec Centralny zainstalowałem się w pociągu powrotnym, który dosłownie w tej samej sekundzie wjechał na peron. Ponieważ poprzedni tydzień przesiedziałem w domu, zamiast wyzdrowieć to zdaje się że przeziębienie jeszcze się nie skończyło. Po aplikacji Fervexu w podwójnej dawce odpadłem już po dobranocce.

A może by tak skoczyć ze spadochronem?

10 kwietnia 2009

W listopadzie 2007 zrealizowałem małe pragnienie skoku na Bungee. Wyjazd do Warszawy tylko rozbudził apetyt na więcej. Na początku kwietnia przyszedł czas na pierwszy w życiu skok ze spadochronem.

Plan był prosty. Jedziemy z Danielem w sobotę rano. Wsiadamy w pociag, na 13 jesteśmy na miejscu, skaczemy i wracamy w wieczorem do domu.

Wszystko szło super, jak to w planach. Polskimi kolejami do Poznania, tam przesiadka na pociąg osobowy do Ostrowa Wlkp. W polowie trasy okazało się, ze przed nami wykoleił się pociąg towarowy i nikt nie wie jak długo będziemy czekać. W środku szczerego pola nie było nawet możliwości złapania stopa czy autobusu. No więc spoźniliśmy się, docierając do Ostrowa na 16. Niestety, po wielu próbach i sprawdzeniach nie udało nam sie juz na żaden lot załapać, pozostały więc dwa wyjścia: wracać albo zostac do rana i skoczyć mimo wszystko. Zależało to również od pogody. W sobotę dość kiepska – niskie chmury straszyły deszczem. Na niedzielę przewidywano w spokojną aurę.

Zostalismy więc na noc. Okazało się, że jest to początek sezonu skoków, wiec szef lotniska postawił wszystkim dzika z ziemniaczkami, sosami i wszelkiej maści innymi frykasami. Wyżerka na cztery fajerki. Poznaliśmy kilku skoczków. Przekrój ludzi, wiekszość po 30stce, 40stce, raczej ludzie poustawiani w życiu, bo skakanie to drogi sport. Masa opowieści ze skoków, wyjazdów, przygód i kupa smiechu. Alkoholu nie tak dużo, wszak o 7 rano mieliśmy wstawać.

W niedzielę okazało się, że pogoda jest wyśmienita. Spora mgła, ale tylko na ziemi, w poziomie nie widać drzew oddalonych od 200 metrow, za to w górze chmury średnie, żadnych deszczowych, wszystko przejrzyste. Po prostu świetnie. Daniel poszedł na pierwszy lot, wlaściwie drugi, bo pierwszy byl kontrolny o 9 rano. Ja miałem rezerwację w kabinie na czwarty. Przerwy miedzy startami byly 30 minutowe, więc dlugo na swoją kolej nie czekałem. Daniel wrocił uchachany i wesoly.

Garnitur stoczniowca wrzuciłem na siebie, taki strój żeby czlowieka nie za mocno przewiało, a na to uprząż, ktorą później podczepia się mnie do instruktora. Parę słów wyjaśnien, próba na sucho i już siedzimy w samolocie z biletem w jedną stronę. Markiz nigdy w karierze nie miał przypadku by z kimś nie skoczył, zatem stało się jasne, że przeżyję to skoro już tam jestem. I nie ma odwrotu. Samolot zabierał max 10 osób i mimo że tym razem było nas tylko ośmioro to już było ciasno. Pożartowaliśmy sobie, popatrzyłem na oddalające się domki w dole i czekałem na swój czas. Spokojnie i wesoło, żartując jeszcze z ludzmi których poznałem zaledwie wczoraj. Na 3 tyś metrów Markiz, bo tak nazywa się instruktor z którym skakałem, przypiął wszystkie pasy jak trzeba i już czekam gotowy. W ciagu 15 minut wznieśliśmy się na 4 tyś metrów i wtedy impreza sie zaczęła się na całego…

Ludziska się przygotowali, mój kamerzysta Romek o wdzięcznej ksywce Cnota włączył aparat i kamerę. Reszta zawodników pozakładała rękawiczki a ja okulary na twarz i już. Samolot nieco „zwolnił” a Romek otworzył drzwi. Samo myślenie o tej chwili przywraca wspomnienia. To był pierwszy moment, kiedy znów poczułem taki tradycyjny i pierwotny lęk, jak kiedyś na bungee. Chwilę moment, obróciłem się tak żeby wystawić nogi na zewnątrz. Krótkie spojrzenie w dół i pęd powietrza przyprawiły mnie o niezły strach. Romek już siedział w ogóle poza samolotem i w ciagu dwóch następnych sekund Markiz dał znak i wszyscy trzej wypadlismy…

Myślałem, że tam opicieję, umrę, wyzionę ducha, zwariuję, oszaleję, eksploduję, zapomnę jak się nazywam i odjadę na zawał. Szybko dotarło do mnie, że lecę w dół!!!

Rozpędzaliśmy się do prędkości 200 kilometrow na godzinę, kamerzysta latał sobie obok nas, a ja podziwiałem widoki. Masakryczny pęd powietrza uderzający w każdy kawałek ciała i zimna temperatura. W momencie wyskoku bylo -13 stopni w górze. Jak spadaliśmy w miarę stabiline to organizm jeszcze zdawał się funkcjonować normalnie, ale wystarczył drobny ruch na bok i całe odczucia wracały na nowo. I mimo że spadaliśmy w ten sposób pełną minutę to czas ten pedził i gnał niezauważalnie. Na 1500 metrach, nawet się nie obejrzałem jak szarpnięcie pociagnęło mnie w górę i okazało się, że spadochron już jest otworzony… Raaaaanyy!!

Dopiero wtedy zacząłem wracać do siebie i dochodzić do jako takich władz umysłowych. Na spokojnie, wisząc tak sobie na wysokości półtora kilometra nad ziemią, zacząłem zdawać sobie sprawę z tej eurofii która mnie ogarniała. Markiz dał mi jeszcze paski od spadochronu i zaczęlismy robić kółka i zawracanie na spadochronie. Przeżycia jak na karuzeli górskiej, wcale nie gorsze niż te podczas spadania. Trafiliśmy na lotnisko, podarłem się jeszcze ze szczęścia ile wlazło i Cnota z kamerą czekał już na moje lądowanie.

Skok to jest coś niesamowitego, przechodzenie między dwoma skrajnymi emocjami. Przeraźliwy strach o życie, niespotykany w codziennym życiu, całkowicie naturalna reakcja obronna przemieniająca się w potworną eurofię i radość kiedy dookoła nic nie ma, na wszystko patrzy się z góry nie myśląc o ziemi na dole czy samolocie na górze którego już dawno tam nie ma. Lądujac na ziemi czułem, że chcę jeszcze. Gdyby nie fakt, że nie jest to takie tanie i proste to bym tam pewnie został jeszcze przez następny tydzień.

Z bungee nie ma to zupełnie porównania. Tu jest masa czasu na uświadomienie sobie że spadam, bo w ciągu 3 sekund tam, w Warszwie nawet nie zdąrzyłem sobie zdać sprawy z tego, że lecę. Tutaj świadomy każdego ruchu, tego, że widzę ziemię i niebo, że mało mi nogi nie poodpadają a ręce zamarzają. Na to nie można się przygotować, strach obleci największego twardziela.

Instruktorzy skoków mowią, że każdy kto skacze musi najpierw skoczyć w tandemie przypięty do instruktora. Pierwszy skok na szkoleniu by skakac samemu odbywa się w asyscie 2 instruktorów, ale myślę, że wrażenie jest tak silne, że sam zapomniałbym gdzie jestem, jak dlugo to trwa, że trzeba sprawdzić wysokość na wysokościomierzu i znaleść uchwyt od spadochronu. Za pierwszym razem mózg nie jest w stanie racjonalnie myśleć. Co ciekawe, cała impreza jest potwornie męcząca dla organizmu i nie dziwię się, że po 3-4 skokach w ciągu dnia ludzie czują się jak po maratonie. Ciekawe, nie?