Książka o Przystanku Woodstock

20 sierpnia 2010

Jako już kilkukrotny bywalec najciekawszego moim zdaniem spotkania z ludzmi pod chmurką w Polsce, z przyjemnością zakupiłem książkę o historii tego wydarzenia. Lektura wciąga.

Skąd się wziął Przystanek Woodstock i jak działa zawsze mnie ciekawiło. W tym roku, dla odmiany od lat poprzednich, zaokrętowałem się do ekipy służb czuwających nad działaniem imprezy – Pokojowego Patrolu, czerwonych koszulek. Książka jest wywiadem dziennikarza z organizatorem festiwalu, Jurkiem Owsiakiem. Ten, jak zwykle lubi opowiadać, a ma co, po tych kilkunastu latach przejść z najrózniejszymi ludzmi, grupami, organizacjiami.

Początki bawią, załatwianie wszystkiego przypomina bardziej kombinacje, niż organizacje. Powolne dochodzenie do rozwiązań spotykanych dzisiaj, mediacje z zespołami, poznawanie nowych ludzi mających kontakt do kolejnych artystów. Szukanie odpowiedniego miejsca gdzie można zorganizować koncerty.

Książka wszystkie te historie wymienia, opisuje w zabawny sposób, szczerym językiem. Do tego dochodzi cała masa zdjęc. Jeszcze milej czytać o imprezie, w której sam uczestniczyłem, korzystałem z niej i pamiętam co się wtedy działo.

Osoby, które na Przystanku nie były i mają o nim krytyczne zdanie zapewne nie polubią tej pozycji. Ja zawsze namawiam, by pojechać, spędzić wśród ludzi kilka dni, wtedy oceniać.

VI Bieg Katorżnika

17 sierpnia 2010

Najprawdopodobniej będzie to ostatnia impreza biegowa/zorganizowana w tym roku w której wezmę udział. Wypad jednak był sympatyczny, a przygód nigdy za wiele.

Na Bieg Katorżnika zapisać się trzeba było gdzieś w marcu czy kwietniu. Wtedy miałem ochotę, a że opłacone i przygotowane – jedziemy. Miejsce i miasto organizacji – idealne. Lubliniec to jedna z tych osad, kiedy zawsze zastanawiam się po co ona w ogóle istnieje środku tej dziczy. Niedziela, rynek 3 metry na 2. Większość lokali i sklepów zamknięta, na szczęście trafiłem do małej restauracji na obiado kolację.

Dopiero na miejscu okazało się, że impreza jest zdecydowanie dla zmotoryzowanych, bo dotarcie na miejsce to jeszcze ok 10 kilometrów. Fajnie, że w Polsce znacznie łatwiej jest się dogadać o stopa. Rejestracja, instalacja karimaty i śpiwora na sali gimnastycznej i można skoczyć na rodzinny, piwny festyn diskopolowy. Zespół grał ze 2 godziny, a dziewczyna wśród nich twardo udawała przez cały ten czas, że gra na skrzypcach. Jest zabawa. Na miejscu jeszcze spotkaliśmy małżeństwo ślązaków. Fajnie poznać nowych ludzi, niekoniecznie biegaczy.

Sam Bieg Katorżnika jest moim zdaniem dobrze rozkręconą medialną imprezą, ewentualnie sposobem na spotkanie się w większym towarzystwie. Na pewno piwo po dwóch godzinach brodzenia w błocie smakuje wybornie. Dla mnie była to brudna przechadzka. Biegania było tyle co po bułki do sklepu, a cała atrakcja to błoto w butach i wskakiwanie i wyskakiwanie z rowów melioracyjnych. Trasa fajna, atmosfera gorąca, a burza i deszcz tylko dodaje uroku całości.

Nie widzę w tym rywalizacji, raczej pomoc słabszym, głównie się ludzie trzymają w grupach, bo i tak się nie da nikogo omijać i prześcigać. Za cenę 100 zł rozumiem, gdzie są koszta, ale szkoda tych 8 godzin w pociągach. Na szczęście w tym czasie przeczytałem całą książkę, i może też patrzenie na Bieg Katorżnika przez pryzmat wizji biegania jako radości życia mi nie pasował.

Może to dobre miejsce dla lubiących atrakcje typu Selekcja, Biegi Komandosa i inne maczo-wydarzenia. Ja nie czuję, bym musiał sprawdzać w ten sposób swoją męskość, więc na kolejne edycje się nie wybiorę. Czas 1:30 h, miejsce nie wiem które. Trasa bardzo łatwa, nie zdąrzyłem się zmęczyć. Może gdybym pchał się do czołówki satysfakcja była by większa.

W przyszłym roku popluskam się w błocie na XVII Przystanku Woodstock, a co … !

Urodzeni biegacze. Christopher MacDougall

16 sierpnia 2010

Oto książka, czytana przez większość biegaczy. Bestseller, podobno wciągająca i interesująca. Promuje indian i bieganie na bosaka (tyle o niej wiedziałem wcześniej). Kupiłem, przeczytałem.

Pozycja ta zrobiła furorę w Stanach kilka lat temu, teraz nadszedł czas na jej polskie tłumaczenie. Ja zabrałem ją jako lekturę w pociągu jadąc na Bieg Katorżnika. Te kilka godzin do Lublińca i spowrotem wystarczyło by ją skończyć.

Najogólniej, jest to powieść o przygodzie autora, jak jeździł po Meksyku i poznawał historię indian, który biegają dla przyjemności ultramaratony. Historia jest kolorowa, wesoła, pełno anegdot. Czyta się szybko i przyjemnie.

W międzyczasie poruszane jest wiele aspektów biegania, że buty z amortyzacją zniekształcają naturalne ruchy stóp, prowadzą do kontuzji, że to niegdysiejszy specjalista marketingowy firmy Nike wymyślił problemy, które miały jego amortyzowane buty rozwiązywać. Jest też długa rozprawa do czego tak naprawdę człowiek jest zbudowany, badania antropologiczne.

Konkluzja tych wywodów i przesłanie całej pozycji jest taka, że bieganie to najbardziej naturalne zajęcie człowieka, sposób na bycie w grupie, celebrowanie przyjaźni, utrzymanie zdrowia i kondycji na stare lata, sposób życia itp. Zamyka się ostatnią stronę z wrażeniem „łął, chcę biegać po 100 mil dziennie, skoro to takie fajne!”. I najlepiej boso.

Oczywiście, najlepiej wyciągnąć wnioski samemu. Bieganie ma być przyjemnością, a MacDougall odpowiada dlaczego.

No i tanio, 30 zł.