Robert Young Pelton – The Adventurist: My Life in Dangerous Places
31 marca 2010Robert Young Pelton jest praktycznie nieznany w Polsce, natomiast jego nazwisko jest dobrze rozpoznawalne za Oceanem. Książka ta z pozoru jest pozycją typowo podróżnicza, jednak ja bym ją postawił na jednym z czołowych miejsc dla książek motywacyjnych. Opisuje prostą historię faceta, który nie wiedząc co chce w życiu … brał co było aż odkrył to czego chce najbardziej.
Pelton jest kanadyjskim przedsiębiorcą oraz podróżnikiem. Stale wybierał się w odległe zakątki ziemi, w miejsca najmniej sympatycznej, rejony wojen, konfliktów. Jak sam zaznacza, a po relacjach da się w to uwierzyć, nie szuka sensacji jak sprzedać wojnę za zachodzie, a jedzie by poznać miejsce i ludzi. Dowiedzieć się jak żyją, jak rozumieją swoją sytuację, jak chcą o niej rozmawiać i co sądzą o pozostałym świecie.
Jak sam opisuje, spotykał się z rebeliantami RUF w Sierra Leone, poznawał Talibów zanim jeszcze George W. Bush dotarł do stanowiska dzięki któremu zbombardował Afghanistan, lądował gdzieś w dżunglach Borneo i Filipin czy włóczył się po Darien – kilkudziesięciokilometrowym odcinku między amerykami, do której niewiele osób na świecie ma obecnie ochotę zaglądać.
Historia jest ciekawa, gdyż jako chłopiec targany rozwodem i waśniami swoich rodziców starał się znaleść swoje miejsce w życiu. Chwytał się tego co było pod ręką, szedł za poradami mądrzejszych chociaż też nie od razu wiedział co chce robić. Nawet jego firma, dzięki której stał się milionerem powstała jakby po drodze. Dopiero mając pewność że zapewnił byt sobie, rodzinie, względną stabilność poświęcił się temu co lubi, czyli podróżowaniu.
Jest wiele książek w których zamieszcza swoje relacje i spostrzeżenia o świecie, mam ich jeszcze kilka na mojej półce. Myślę, że to co odróżnia go od korespondentów wojennych to właśnie niezależność. To nie jest praca, sposób na zarabianie pieniędzy, a czyste zainteresowanie tematyką. Żadna opowieść nie musi być dramatyzowana i koloryzowana.
Miła lektura, mimo że dostępna jedynie po angielsku oraz w sklepach USA, jak amazon.com.

Po dwóch z 6 okrążeń czułem dość duże pragnienie. Temperatura robiła swoje, punkt wodny organizatorzy i tak otworzyli od razu, a nie tak jak planowali po 2 kółkach. Ja się odwadniałem, piłem po 2 kubki na okrążenie a tego i tak było mało. Uratowała mnie kobieta, jak to w życiu mężczyzny bywa. Ewa po 3 kółkach dała mi Poweraida, więc nawadniałem się w trakcie w trybie pilnym, by jeszcze troche sił zachować.