Jako niegdyś amator, a teraz niewiele bardziej zaawansowany amator popełniam błędy. Każdy błąd uczy czegoś nowego, grunt by o nim pamiętać i nie dać się w przyszłości złapać na to samo.

Ostatnimi czasy popełniłem tzw. „szkolny błąd”, czyli poszedłem biegać znacznie powyżej zwyczajowego tempa, bez rozgrzewki. Skutek: po niespełna 10 minutach miałem tak zesztywniałe mięśnie, że reszta biegu była znacznie wolniejsza od przeciętnej i było to ciągłę psioczenie na własną lekkomyślność. Brak rozgrzewki prowadzi do kontuzji, a ja czuję wyraźnie po organizmie i nogach że bez rozbiegu daleko nie zajadę.
W ostatnią niedzielę klasyczny wariant pomyłki. Na trasę długiego wybiegania wyszedłem bez pieniędzy ani wody, z jednym batonem w kieszeni i telefonem na zapas. Mam to szczęście, że mogę zadzwonić do bliskiej mi osoby, i woda się znajdzie gdy suszy. Gdyby nie to musiałbym przerwać i wrócić, lub na pewno z trudem biec dalej – nie wiem czy miałoby to wtedy sens.
Innym razem wybierając nową trasę po ciemku, zaraz na początku biegu wpadłem w wielką kałużę. Doświadczenie biegania w mokrych butach przy mrozie -5 jest nieocenione, natomiast nie wiem czy mądre i potrzebne.
W trakcie moich pierwszych (i jak dotąd jedynych) rajdów pieszych nauczyłem się zakładać ciepłą bieliznę gdy w nocy robi się zimno w tyłek. Wiem też, że zmoczenie buta i kilkugodzinne chodzenie w mokrych skarpetkach jest najlepszą drogą do pęcherzy, ran na stopach i szybkiego wylotu z trasy. Inną sprawą jest, że wychodzenie nieprzygotowanym zza biurka i udział w 100km marszu też nie grzeszy rozsądkiem. Ale dało się!
Nie zapomnę też, że woda zabierana na bieg w trakcie mrozu też jest przeraźliwie zimna i nie nadaje się do picia, a odżywcze batony zabierane na trasę stają się twarde i trudne do zjedzenia.
Po powrocie po dwugodzinnym biegu w ostatnią sobotę wypiłem szybko ciepłą herbatę, po czym łapczywie najadłem się winogron. Skutek: żołądek tak mi wykręciło że wylądowałem na odpoczynku i godzinnej drzemce, zanim żołądek doszedł do siebie. Znacznie lepiej akceptuje banany, których należy się trzymać. Ot, wystarczy poznać swój organizm, rozumieć go i szanować.
W trakcie biegania, a na pewno chodzenia po górach i rajdów pieszych należy też jeść. Na Ukrainie po 10 h marszowania organizm wysiadł. Dopiero dopalenie glukozą i napojem energetycznym w pastylce wróciło mi siły.
I tak czerpię mądrości krok po kroku. O wielu z nich nie wiedziałem, o niektórych wiedziałem ale najwyraźniej trzeba przeżyć by zrozumieć.
Byle do przodu.
W ramach wspomnień ślad w sieci: Zmęczenie senność i ból nóg, czyli „Harpagan” trwa