Running on the Sun: The Badwater 135

24 lutego 2010

135 mil w ultramaratonie Badwater, w powalającej na kolana temperaturze wymieszanej z silnymi wiatrami to idealne wyzwanie dla kilkudziesięciu osób. Próba charakteru, szaleństwo czy szukanie swoich granic?

Kolejny z filmów wygrzebanych ostatnio w internecie. Film z 2000 roku opisuje bieg z roku 1999. Wśród zawodników nie ma profesjonalnych sportowców. W drodze losowania, eliminacji czy innej selekcji trafili tam mechanicy samochodowi, dziennikarze, weterani wojenni którzy stracili jedną nogę, młodzi i starsi. Ciekawa opowieść co ich popycha do takich prób. Co można chcieć przeżyć choćby w wieku 68 lat. Słusznie nazwano to Endurance Race. Podczas biegu wielu się odwadnia, przegrzewa, siada żołądek i wszystko zwraca … niezłe katowanie organizmu.

Ciekawą i zastanawiającą sprawą było zaplecze medyczne a raczej … jego brak. Wśród startujących nie zauważyłem żadnych super pro-, natomiast ekipy wspomagające na trasie składały się np. z żony i dwójki dzieci. Dla kolesia, który mógłby mieć po drodze hipotermię, czy cokolwiek innego to mało pomocny zespół. W filmie nie było żadnej kontroli medycznej zawodników.

Kto miał dobiec, ten dobiegł. Major z United States Marine Corps odpadł, Pani domu bieg ukończyła.

Błędy początkującego

23 lutego 2010

Jako niegdyś amator, a teraz niewiele bardziej zaawansowany amator popełniam błędy. Każdy błąd uczy czegoś nowego, grunt by o nim pamiętać i nie dać się w przyszłości złapać na to samo.

Ostatnimi czasy popełniłem tzw. „szkolny błąd”, czyli poszedłem biegać znacznie powyżej zwyczajowego tempa, bez rozgrzewki. Skutek: po niespełna 10 minutach miałem tak zesztywniałe mięśnie, że reszta biegu była znacznie wolniejsza od przeciętnej i było to ciągłę psioczenie na własną lekkomyślność. Brak rozgrzewki prowadzi do kontuzji, a ja czuję wyraźnie po organizmie i nogach że bez rozbiegu daleko nie zajadę.

W ostatnią niedzielę klasyczny wariant pomyłki. Na trasę długiego wybiegania wyszedłem bez pieniędzy ani wody, z jednym batonem w kieszeni i telefonem na zapas. Mam to szczęście, że mogę zadzwonić do bliskiej mi osoby, i woda się znajdzie gdy suszy. Gdyby nie to musiałbym przerwać i wrócić, lub na pewno z trudem biec dalej – nie wiem czy miałoby to wtedy sens.

Innym razem wybierając nową trasę po ciemku, zaraz na początku biegu wpadłem w wielką kałużę. Doświadczenie biegania w mokrych butach przy mrozie -5 jest nieocenione, natomiast nie wiem czy mądre i potrzebne.

W trakcie moich pierwszych (i jak dotąd jedynych) rajdów pieszych nauczyłem się zakładać ciepłą bieliznę gdy w nocy robi się zimno w tyłek. Wiem też, że zmoczenie buta i kilkugodzinne chodzenie w mokrych skarpetkach jest najlepszą drogą do pęcherzy, ran na stopach i szybkiego wylotu z trasy. Inną sprawą jest, że wychodzenie nieprzygotowanym zza biurka i udział w 100km marszu też nie grzeszy rozsądkiem. Ale dało się!

Nie zapomnę też, że woda zabierana na bieg w trakcie mrozu też jest przeraźliwie zimna i nie nadaje się do picia, a odżywcze batony zabierane na trasę stają się twarde i trudne do zjedzenia.

Po powrocie po dwugodzinnym biegu w ostatnią sobotę wypiłem szybko ciepłą herbatę, po czym łapczywie najadłem się winogron. Skutek: żołądek tak mi wykręciło że wylądowałem na odpoczynku i godzinnej drzemce, zanim żołądek doszedł do siebie. Znacznie lepiej akceptuje banany, których należy się trzymać. Ot, wystarczy poznać swój organizm, rozumieć go i szanować.

W trakcie biegania, a na pewno chodzenia po górach i rajdów pieszych należy też jeść. Na Ukrainie  po 10 h marszowania organizm wysiadł. Dopiero dopalenie glukozą i napojem energetycznym w pastylce wróciło mi siły.

I tak czerpię mądrości krok po kroku. O wielu z nich nie wiedziałem, o niektórych wiedziałem ale najwyraźniej trzeba przeżyć by zrozumieć.

Byle do przodu.

W ramach wspomnień ślad w sieci: Zmęczenie senność i ból nóg, czyli „Harpagan” trwa

Krótka historia biegania

19 lutego 2010

Pierwszy raz po to by biegać wyszedłem 3 lata temu.  Mając lat 24, wyszedłem biegać w wieku w którym znaczna część ludzkości, a na pewno Polaków, przestaje biegać. Ja właśnie zaczynałem.

Po kilkunastu latach bumelowania na ławce na w-fie w podstawówce, zwolnienia lekarskiego z wszelkich ćwiczeń na dalszych etapach edukacji, raptem przed skończeniem studiów zachciało mi się ‘pobiegać’. Pomysł dojrzewał przez czas jakiś, aż w końcu zrobiłem moje pierwsze 2 minuty biegu / 8 minut marszu w któryś z lutowych wieczorów. Szczecin, ul. Witkiewicza, 2007. Towarzystwo Pastora i Esesa.

Historia tego biegania jest jednak uboga. Potrzeba ruchu zrodziła się z powodu statycznej pracy, siedzenia w miejscu przez kilka godzin dziennie, kiedy uczucie wchodzenia nóg w tyłek jest nie do zniesienia. Tak minęło pare lat, bieganie po max 5 kilometrów lub 30 minut dziennie swobodnym tempem. Pierwsze 30 minut biegu non stop uczyniłem we wrześniu na stadionie polickim. To był przyjemny dzień, kiedy potrzebowałem prostej trasy biegowej a nie lasów dookoła.

Czerwiec, pierwszy zakup butów do biegania w sklepie sportowym. Pierwszy raz przez kilka miesięcy bieganie stało się regularne. Na pewno ogromna ilość tras w parku i lasach w Stockholmie mi to ułatwiła – w takich warunkach po prostu chce się biegać jak najdłużej. Polskie parki, uliczki i stadiony to nie jest miejsce gdzie pragnę biegać. Ot, jest miejsce, więc mi odpowiada, ale do naturalnego środowiska biegacza jeszcze jest im daleko.

Fajnie jest biegać po ulicy. Albo inaczej. Fajnie jest uczestniczyć w zorganizowanej imprezie. Dużo się dzieje, ludzie chętnie opowiadają to i owo, każdy się rozgrzewa, jest atmosfera oczekiwania. Wrześniowy Bieg Podgórski był pierwszym takim sprawdzianem czy umiem biegać. Pierwszy raz na dystansie 10 km był nadzwyczaj lekki. Przyjemny bieg, ciepła pogoda, dużo uśmiechniętych twarzy po drodze. Przypadek sprawił, że zabrałem małą butelkę wody w ręce, co było najlepszą decyzją tamtego popołudnia. Z jedną refleksją wróciłem wtedy: szkoda jest czasu na to, by jechać ponad godzinę na bieg 55 minut. To samo można zrobić za darmo niedaleko domu. Mi dobrze się biega samemu, bez towarzystwa, mimo że biegałem po drodze naprawdę z wieloma towarzyszami, co ogromnie miło wspominam. Lubię samotność, kiedy trening fizyczny jest odpoczynkiem dla psychiki. No… może nie teraz, kiedy właśnie ćwiczenie wytrwałości jest jedną z istotniejszych spraw do wypracowania.

Plan na rok 2010 to bieganie i marsze na orientację. Wyzwanie zapoczątkowane Harpaganem 33 (ok 60 km w nogach przy wycofaniu), oraz udowodnienie sobie samemu, że można polec nawet po 40 km na H-34 powraca.

  • 28-02-2010 Zabierzów, 8km - bieg towarzyski na którym mi mało zależy. Wolę wybiegać wtedy ok 20 km.
  • 20-03-2010 Kraków, 21km  - jestem już zapisany, 6 okrążeń na krakowskich Błoniach.
  • 25-04-2010 Kraków, 42 km - zapisany, sprawdzian wytrzymałości by dotrwać do mety
  • 20-05-2010 Kierat, 100km, 3500 m przewyższeń. Sprawdzian nawigacji , jedzenia i picia i wytrzymałości przez 30 godzin chodzenia non stop.
  • 05-06-2010 Festiwal Biegowy w Krynicy-Zdrój. Maraton albo ultramaraton 90km. To może być zbyt wysoka poprzeczka ale ocenię czy możliwe do zrealizowania po maratonie.
  • 19-06-2010 Grassor, Biały Bór, 50/100 km – daleko, k. Szczecinka. Bardziej jako sprawdzian nawigacji na najtrudniejszej ponoć trasie w sezonie.  Jeśli już startować, to na trasie 50km.
  • 15-08-2010 Katorżnik, 10km  - zapisany. Wakacyjna zabawa.
  • 28-08-2010 Police, 100 km  -  impreza mała, towarzyska. Jeśli akurat będzie to dla mnie wolny weekend chcę potraktować jako wypad treningowy.
  • 12-09-2010 Wrocław, maraton – jeśli będę w kraju chętnie pozwiedzam Wrocław w ten sposób.
  • 15-10-2010 Harpagan, 100km  - docelowa impreza tego sezonu i cel: Ukończyć w czasie .

Ile z tych planów uda się zrealizować, jak wypadną i jak spojrzę na to z drugiej strony, kto wie … ja już jestem ciekaw.