A może by tak skoczyć ze spadochronem?
10 kwietnia 2009W listopadzie 2007 zrealizowałem małe pragnienie skoku na Bungee. Wyjazd do Warszawy tylko rozbudził apetyt na więcej. Na początku kwietnia przyszedł czas na pierwszy w życiu skok ze spadochronem.
Plan był prosty. Jedziemy z Danielem w sobotę rano. Wsiadamy w pociag, na 13 jesteśmy na miejscu, skaczemy i wracamy w wieczorem do domu.
Wszystko szło super, jak to w planach. Polskimi kolejami do Poznania, tam przesiadka na pociąg osobowy do Ostrowa Wlkp. W polowie trasy okazało się, ze przed nami wykoleił się pociąg towarowy i nikt nie wie jak długo będziemy czekać. W środku szczerego pola nie było nawet możliwości złapania stopa czy autobusu. No więc spoźniliśmy się, docierając do Ostrowa na 16. Niestety, po wielu próbach i sprawdzeniach nie udało nam sie juz na żaden lot załapać, pozostały więc dwa wyjścia: wracać albo zostac do rana i skoczyć mimo wszystko. Zależało to również od pogody. W sobotę dość kiepska – niskie chmury straszyły deszczem. Na niedzielę przewidywano w spokojną aurę.
Zostalismy więc na noc. Okazało się, że jest to początek sezonu skoków, wiec szef lotniska postawił wszystkim dzika z ziemniaczkami, sosami i wszelkiej maści innymi frykasami. Wyżerka na cztery fajerki. Poznaliśmy kilku skoczków. Przekrój ludzi, wiekszość po 30stce, 40stce, raczej ludzie poustawiani w życiu, bo skakanie to drogi sport. Masa opowieści ze skoków, wyjazdów, przygód i kupa smiechu. Alkoholu nie tak dużo, wszak o 7 rano mieliśmy wstawać.
W niedzielę okazało się, że pogoda jest wyśmienita. Spora mgła, ale tylko na ziemi, w poziomie nie widać drzew oddalonych od 200 metrow, za to w górze chmury średnie, żadnych deszczowych, wszystko przejrzyste. Po prostu świetnie. Daniel poszedł na pierwszy lot, wlaściwie drugi, bo pierwszy byl kontrolny o 9 rano. Ja miałem rezerwację w kabinie na czwarty. Przerwy miedzy startami byly 30 minutowe, więc dlugo na swoją kolej nie czekałem. Daniel wrocił uchachany i wesoly.
Garnitur stoczniowca wrzuciłem na siebie, taki strój żeby czlowieka nie za mocno przewiało, a na to uprząż, ktorą później podczepia się mnie do instruktora. Parę słów wyjaśnien, próba na sucho i już siedzimy w samolocie z biletem w jedną stronę. Markiz nigdy w karierze nie miał przypadku by z kimś nie skoczył, zatem stało się jasne, że przeżyję to skoro już tam jestem. I nie ma odwrotu. Samolot zabierał max 10 osób i mimo że tym razem było nas tylko ośmioro to już było ciasno. Pożartowaliśmy sobie, popatrzyłem na oddalające się domki w dole i czekałem na swój czas. Spokojnie i wesoło, żartując jeszcze z ludzmi których poznałem zaledwie wczoraj. Na 3 tyś metrów Markiz, bo tak nazywa się instruktor z którym skakałem, przypiął wszystkie pasy jak trzeba i już czekam gotowy. W ciagu 15 minut wznieśliśmy się na 4 tyś metrów i wtedy impreza sie zaczęła się na całego…
Ludziska się przygotowali, mój kamerzysta Romek o wdzięcznej ksywce Cnota włączył aparat i kamerę. Reszta zawodników pozakładała rękawiczki a ja okulary na twarz i już. Samolot nieco „zwolnił” a Romek otworzył drzwi. Samo myślenie o tej chwili przywraca wspomnienia. To był pierwszy moment, kiedy znów poczułem taki tradycyjny i pierwotny lęk, jak kiedyś na bungee. Chwilę moment, obróciłem się tak żeby wystawić nogi na zewnątrz. Krótkie spojrzenie w dół i pęd powietrza przyprawiły mnie o niezły strach. Romek już siedział w ogóle poza samolotem i w ciagu dwóch następnych sekund Markiz dał znak i wszyscy trzej wypadlismy…
Myślałem, że tam opicieję, umrę, wyzionę ducha, zwariuję, oszaleję, eksploduję, zapomnę jak się nazywam i odjadę na zawał. Szybko dotarło do mnie, że lecę w dół!!!
Rozpędzaliśmy się do prędkości 200 kilometrow na godzinę, kamerzysta latał sobie obok nas, a ja podziwiałem widoki. Masakryczny pęd powietrza uderzający w każdy kawałek ciała i zimna temperatura. W momencie wyskoku bylo -13 stopni w górze. Jak spadaliśmy w miarę stabiline to organizm jeszcze zdawał się funkcjonować normalnie, ale wystarczył drobny ruch na bok i całe odczucia wracały na nowo. I mimo że spadaliśmy w ten sposób pełną minutę to czas ten pedził i gnał niezauważalnie. Na 1500 metrach, nawet się nie obejrzałem jak szarpnięcie pociagnęło mnie w górę i okazało się, że spadochron już jest otworzony… Raaaaanyy!!
Dopiero wtedy zacząłem wracać do siebie i dochodzić do jako takich władz umysłowych. Na spokojnie, wisząc tak sobie na wysokości półtora kilometra nad ziemią, zacząłem zdawać sobie sprawę z tej eurofii która mnie ogarniała. Markiz dał mi jeszcze paski od spadochronu i zaczęlismy robić kółka i zawracanie na spadochronie. Przeżycia jak na karuzeli górskiej, wcale nie gorsze niż te podczas spadania. Trafiliśmy na lotnisko, podarłem się jeszcze ze szczęścia ile wlazło i Cnota z kamerą czekał już na moje lądowanie.
Skok to jest coś niesamowitego, przechodzenie między dwoma skrajnymi emocjami. Przeraźliwy strach o życie, niespotykany w codziennym życiu, całkowicie naturalna reakcja obronna przemieniająca się w potworną eurofię i radość kiedy dookoła nic nie ma, na wszystko patrzy się z góry nie myśląc o ziemi na dole czy samolocie na górze którego już dawno tam nie ma. Lądujac na ziemi czułem, że chcę jeszcze. Gdyby nie fakt, że nie jest to takie tanie i proste to bym tam pewnie został jeszcze przez następny tydzień.
Z bungee nie ma to zupełnie porównania. Tu jest masa czasu na uświadomienie sobie że spadam, bo w ciągu 3 sekund tam, w Warszwie nawet nie zdąrzyłem sobie zdać sprawy z tego, że lecę. Tutaj świadomy każdego ruchu, tego, że widzę ziemię i niebo, że mało mi nogi nie poodpadają a ręce zamarzają. Na to nie można się przygotować, strach obleci największego twardziela.
Instruktorzy skoków mowią, że każdy kto skacze musi najpierw skoczyć w tandemie przypięty do instruktora. Pierwszy skok na szkoleniu by skakac samemu odbywa się w asyscie 2 instruktorów, ale myślę, że wrażenie jest tak silne, że sam zapomniałbym gdzie jestem, jak dlugo to trwa, że trzeba sprawdzić wysokość na wysokościomierzu i znaleść uchwyt od spadochronu. Za pierwszym razem mózg nie jest w stanie racjonalnie myśleć. Co ciekawe, cała impreza jest potwornie męcząca dla organizmu i nie dziwię się, że po 3-4 skokach w ciągu dnia ludzie czują się jak po maratonie. Ciekawe, nie?