Meksyk, Agonia
6 grudnia 2008Desfortunadamente czas nieublaganie plynie do przodu i nasza wyprawa dobiega konca. Dzis juz pozegnalismy Liqa, odbylo sie szybko po mesku – bez lez. Pojechal do Cancun, by stamtad poleciec do Brukseli i potem juz do domu. My jutro Juz lecimy do Nowego Jorku z wyjatkiem freeridera Pablosa, ktora nie zdecydowal sie jeszcze czy zostaje, czy wraca… ma w sumie jeszcze cale mnostwo czasu na to.
Dzis nawet zmienila sie pogoda, polalo troche (co podobno jest tu niespotykane o tej porze roku) – wyciagamy wiec wnioski, ze Ameryka Centaralna troszke za nami poplakuje ;).
My cieszymy sie, ze wracamy do domu, bo jak wiadomo „wszedzie dobrze, ale w domu najlepiej”.
Przyjdzie jeszcze czas na podsumowanie…