Nicaragua, Ometepe, wyprawa na wulkan Conception

10 listopada 2008

O 6:30 rano daja znac o sobie wypite wczesniej hektolitry piwa i whiskey. Powoli, noga za noga wyczolgujemy sie z naszych nor. Wybieramy sie w czworke: JB, Liq, Marek oraz szwedzka Caroline, obowiazkowo z miejscowym przewodnikiem -Jessie, za jedyne 20 $ od glowy. Od kiedy na gorze zginal niemiecki turysta zabronione jest wybieranie sie na wulkan samemu. Od samego rana slonce przygrzewa, podjezdzamy wiec pod sklep kupujac duze zapasy wody, potrzebne takze na kaca, i jedziemy taxi w miejsce skad zaczynamy wspinaczke. O godzinie 7 maszerujemy juz przez las, ambitnie probujac nadarzyc za dlugonoga, wysportowana dziewczyna.

Juz po kilkustet metrach nasze koszulki sa calkowicie zalane potem, choc idziemy przez dzungle na nizinach. Towarzysza nam malpki Capuccino i krzykliwe papugi, spogladajace z zainteresowaniem z drzew. Jessie z usmiechem obserwuje nasze wysilki by dorownac mu kroku. Nachylenie jest tak duze ze coraz czesciej idziemy na czworakach waskimi, wyschnietymi korytami potokow.

JB stara sie ratowac honor Polakow, ktorzy coraz to slabna i zwalniaja, rusza wiec w pogon za Caroline. Chodz dwoi sie i troi – dyszy i sypie, patykowate nogi Szwedki szybko niosa ja na gore, zostawiajac zrozpaczonego JB daleko w tyle. Tym razem nie bedzie pierwszy. Po dwoch godzinach wychodzimy z linii drzew i naszym oczom ukazuje sie wspanialy widok na jezioro i dzungle na wyspie pod nami. Regularnie wykrecamy wode (lub wczorajsze piwo) z naszych koszulek. Marko i Liq zostali z tylu, JB ciagnie resztka sil by dogonic migaczaca koszulke liderki…niestety pada i dalej tylko sie czolga ..bez wody, bez nadzieji na ratunek…nagle …

W ostatniej chwili przychodzi ratunek w postaci kropli wody, tak bardzo potrzebnej wyczerpanemu JB.

Szczesliwy i napojony trzyma sie jak tonacy brzytwy…zapomnial nawet, ze ten pojedynek szybkosci trekingu sromotnie przegral…

Po chwili odpoczynku i posileniu sie, sily wracaja, ruszamy dalej aby po nastepnej godzinie dojsc do pierwszych zastyglych potokow lawy, a w powietrzu mozna poczuc delikatny zapach zwiazkow siarki. Nad nami ginacy w klebach chmur i dymu wychyla sie majestatyczny stozek wulkanu Conception. Nagle okazuje sie, ze to juz koniec naszej wedrowki, poniewaz jak informuje nas Jessie dalsza wspinaczka jest zabrioniona.

Nie rozumiemy za bardzo co do nas mowi i dlaczego niby nie mozna isc dalej, wiec postanawiamy pozegnac go i wejsc dalej na wlasna reke. Prosi bysmy odpuscili poniewaz on moze miec z tego powodu nieprzyjemnosci a my mozemy zostac na 48 godzin w lokalnym komisariacie policji. Wulkan jest wciaz aktywny i mimo ze ostatnia duza erupcja miala miejsce 350 lat temu i zniszczyla cala wioske, to nadal z krateru wydobywa sie dym i trujace gazy. Na pytanie kto niby moglby nas aresztowac odpowiada, ze okolice szczytu patroluje wojsko majace za zadanie nie tylko powstrzymywac nadgorliwych turystow, ale tez zapobiegac bardzo popularnemu w tym miejscu przerzutowi narkotykow. Jessie opowiada nam o historii kiedy na wyspie zrzucone z samolotu zostalo 14 paczek kokainy i cala wyspa mogla zrobic sowita impreze. Zostawiajac zrozpaczonego Jessiego szybko znikamy w chmurach wspinajac sie pod gore.

Jestemy na wysokosci ok 1400 metrow gdy z mgly jak duchy wylaniaja sie sylwetki zolnierzy. Na pytanie „co tu robimy?” Liq beztrosko informuje ich o planie zdobycia szczytu. Nie jest to odpowiedz ktora by ich zadowolila, wiec nasze spotkanie szybko przeradza sie w pyskowke kiedy nie rozumiemy wszystkiego co do nas mowia. Po pol godzinie dyskusji i 20$ ekstra udaje nam sie uwolnic od ich towarzystwa, jednak zmuszeni jestesmy zawrocic. Do szczytu brakuje nam 200 metrow. Po 2 godzinach latwiejszego niz wspinaczka zejscia jestesmy znow na dole. Przybylo troche obtarc i odciskow na stopach, a po drodze zrodzil sie pomysl na polski obiad ktory mamy zamiar wykonac w zaprzyjaznionym barze. W tym czasie dwojka transportowcow pozyczyla motory i lansowala sie jezdzac dookola wyspy.

Po poludniu przybywaja tez pozostali czlonkowie wyprawy, znalazl sie nawet Cojak ktory w blizej nieokreslony sposob blakal sie pomiedzy grupami. Po powrocie do miasteczka wybieramy sie na zakupy do pobliskich sklepow i z aktywna pomoca naszej szwedzkiej asystentki, pod kierownictwem najlepszego polskiego kucharza na wyspie – Marko – wzbudzamy podziw u wlascicielki miejscowej restauracji. Po dwoch godzinach wytezonej pracy raczymy sie wspaniala, polska zupa gulaszowa co jest apetycznym wstepem do wieczornej imprezy znanej juz na wyspie jako Festivalos Polacos.

Zaopatrujemy sie w 8 litrow Jaska i rozpoczynamy degustacjew rytmie Dzemu – whyski moja zono ktora prowadzi do niesamowitych zdarzen. Dzis w barze gramy tylko polskiego rocka.

Czy mamy prawo dziwic sie dlaczego miejscowi nie rozumieja naszych rytmow sluchajac codziennie swojego regatoon ? W miedzyczasie jestesmy swiadkami ogromnej parady z okazji zblizajacych sie wyborow. Wyglada to jak polaczenie obchodow 1 maja z impreza karnawalowa, gdy kawalkada chyba wszystkich samochodow na wyspie, obladowana ludzmi krzyczacymi, wesolymi, wymachujacymi flagami przejezdza ulicami. Rozochoceni coraz wieksza iloscia alkoholu od razu nawiazujemy wspolny jezyk z paradujacymi.

Kolejne wyzwanie proponuje Zbynek proponujac skok z mola do jeziora na rowerze, co jednak koryguja troche pilnujacy portu policjanci z przerazeniem obserwujacy rozwoj wydarzen. Zmieniamy wiec konkurencje na wjazd rozpedzonego zawodnika do jeziora a pule zgarnie ten, kto zajedzie dalej. Szybko obstawiamy zwycieze, stawka wynosi 5 dolarow. Pierwszym zawodnikiem jest Sebastian ktory wjezdza na dobre 20 metrow, gdy na przeszkodzie staje mu antena telekomunikacyjna i zamiast jechac dalej Sebastian porusza sie teraz w gore. Zbynek, drugi w kolejnosci obiera lepsza trase i znika pod woda razem z rowerem osiagajac imponujacy wynik. Jednoczenie Zbynek nie gra do konca fair play zrzucajac lancuch roweru co nie pozwala juz Liqowi osiagnac lepszego wyniku. To Zbynek tym razem osiaga najwyzsze laury.

Sebus odstawia rower na dach stojacego nieopodal busa wywolujac ogormne zdziwienie na twarzy jego kierowcy. Impreza przenosi sie na dach busa gdy do Sebusia dolaczaja kolejni imprezowicze. Wkrotce bar zostaje zamkniety, wiec o godzinie 22 przenosimy sie wglab miasteczka do najblizszego baru ktory jeszcze przed chwila wydawal sie tak senny. Spiewom i smiechom nie ma konca, gdy Zbynek recytujac bezblednie rosyjski wierszyk prowokuje wszystkich do przegladu piosenki rosyjskiej w sercu Nicaragui. Po kolejnych kilku drinkach, zalanej podlodze i pobiciu kilku kufli impreza przenosi sie na ulice gdzie mozemy spiewac do woli.

Kolejna konkurencja jest przejscie na czas, po kompletnym pijaku, po konstrukcji reklamy zawieszonej nad ulica. Liq i Sebus badajac sciezke nad ulica przed zawodami z niedowierzaniem spogladaja na Zbynka ktory pokonuje przeszkode z predkoscia swiatla znow nie pozostawiajac zludzen co do tego, kto jest dzis czempionem. Impreza konczy sie na krawezniku, ktory sluzy za stol, przed hostelem a niedobitki odnajduja sie jeszcze w roznych zakatkach ulicy, kraweznika i ogrodka naszego hostelu. Ta noc na pewno byla bardzo dluuuga !

Z zalem opuszczamy to wesole miasteczko w ktorym juz wszyscy nas znaja, a kierowca busa ktorego dach wczoraj tak wesolo okupowalismy jest zdania ze powinno nas sie wszystkich odeslac do czubkow. Niepredko mieszkancy zapomna o Polacos Locos i Grande Fiesta Polaca.

Nastepnego dnia zmeczenie nie schodzi z twarzy…

Jestesmy w Granadzie, malowniczym, jednym z najwiekszych miast Nicaragui w ktorym otwarcie w strone turystow przeplata sie z ogromna bieda jego mieszkancow.

P.S. Pablos wlasnie w tym momencie spadl ze stolka w kafejce internetowej. Zreszta spadanie ze stolka przedaza mu sie bardzo czesto, czy to wina jego blednika ?

Zostaw odpowiedź