Nicaragua, Managua
12 listopada 2008Same zle rzeczy slyszelismy o stolicy Nikaragui, ze syf, ze nic ciekawego, ze niebezpiecznie… . Okazuje sie gdy wjezdzamy, ze witaja nas centra hadlowe z betonu i szkla, eleganckie biura i hotele. Oczywiscie jest tez druga strona tego miasta, male brudne uliczki, boso biegajace dzieciaki. Kiedy stajesz na swiatlach przechodzace obnosne stragany oferuja wszystko od podpaski po lodowki. Krecimy sie tu i tam, a w koncu udaje sie nam dogac cene co do dalszego transportu w strone granicy honduraskiej. Bierzemy dwa auta i przed nami 250km. Bardziej rozrywkowy samochod albo bardziej bezmyslny zapelniony przez Sebe, liqa i Pablosita kupuje whyskacza by sobie uprzyjemnic podroz. Hmm… moze tez chlopaki chca jakos ugasic pragnienie bo jest dobrze ponad 30C.
Podroz uplywa spokojnie, do momentu przypadkowej kontroli policyjnej, gdy kierowca przekracza predkosc o 50km/h (sa ograniczenia przez wioski do 45km/h). Okazuje sie, ze nasz Sebuniek nie ma przy sobie paszportu, bo zostawil na przechowanie Zbynkowi, ktory jest w drugim – wczesniej jadacym samochodzie wraz z Marko i JB. Policjanci szybko wbijaja wiec twarz Sebusia w piach i przykladaja mu do skroni bron, podejrzewajac go o bycie nielegalnym kubanskim emigrantem. Alkoholowe rozbawienie momentalnie uchodzi z niego, jest potulny jak baranek, tylko oczka nerwowo lataja to na otwor lufy to na spust. Dopiero gorace tlumaczenia kierowcy i liqa troche uspakajaja atmosfere. Kierowca dzwoni do swego brata w drugim samochodzie wyjasniajac sytuacje i proszac o zawrocenie i przywiezienie paszportu Seby. Co tez po chwili sie dzieje i nasz bohater moze podniesc sie wreszcie z ziemi. Po chwili jedziemy juz dalej wesolo komentujac wydarzenie.
Nastepna kontrala policyjna zatrzymuje juz oba auta. Tym razem czegos szukaja. Wyrzucaja wszystkie bagaze z samochodow, podnosza siedzenia, otwieraja wszelkie klapy. I tym razem Sebus podpada, bo do plecaka podrecznego ma przywiazana maczete jeszcze z Panamy. Jutro wybory i noszenie wszelkiej broni bialej jest surowo zakazane. Chca skonfiskowac maczete. Walczymy, dyskutujemy jak lwy. W koncu odpuszczaja ale musimy schowac ja gleboko w duzy plecak. Gdy opowiadamy gdzie sie wybieramy lapia sie za glowe i mowia, ze w Hondurasie i Salwadorze jest ekstremalnie niebezpiecznie, bo grasuja uzbrojone bojowki z mafii salwadorskiej, ktore lubia napadac na cale autobusy. Specjalnie nas to nie wzrusza bo o kazdym napotkanym kraju slyszelismy podobne rzeczy. W koncu do wszystkiego sie mozna przyzwyczaic, nawet jak do ciebie strzelaja. Dalej juz bez przygod osiagamy granice. Wyskakujemy z 2$ od glowy za „wyjazd” z Nikaragui i wchodzimy do Hondurasu.