Nicaragua, Granada
11 listopada 2008Wycieczka na pobliski wulkan Masaya zapowiadala sie wyjatkowo lightowo…zupelnie jak dla emerytow. Dla zwiekszenia sobie adrenalinki wynajmujemy prywatnego goscia z 30letnia rozlatujaca sie toyota. W szesciu szybko wskakujemy na pake z piwkiem w reku i nidealnie teraz pasujemy do otaczajacego nas kraju smietnikowego. Wesolo sobie podspiewujemy pozdrawaini przez mijajace nas samochody. Gdy zaczyna padac, nawet sie cieszymy, ze nas troche ochlodzi. Liq – jak przystalo na ¨francuzika¨jako jedyny zarzuca na siebie pelerynke. Po chwili deszcz znika i znow grzeje sloneczko.
Wulkan Masaya nalkezy do czynnych, caly czas unosi sie nad jego kraterem dym, ale to co widzimy zapera nam dech w piersiach. Samochodem da sie podjechac nad sam krater (nalezy parkowac przodem do wyjazdu, aby pewnie w razie obudzenia sie potwora mozna bylo szybko uciekac ). Niewinnie wygladajacy z dolu slup dymu ma tak naprawde ok 500m srednicy, sam krater wlasciwie sklada sie z dwoch o srednicach ponad kilometr. Prawie pionowo opadajacy kilkusetmetrowy stozek krateru robi wrazenie. Wszedzie tylko lawa i pyl wulkaniczny.
Robimy zdjecia, gdy zaczyna znow padac. Poczatkowo deszczyk przeradza sie w prawdziwa ulewe. Juz niezle zmoczeni kryjemy sie pod pobliskim daszkiem wraz z kilkoma straznikami parku. Padajace strugi wody poteguja efekt dymienia wulkanu. Widzimy, ze straznicy maja worek z maskami p.gazowymi – smiejemy sie z nich i robimy ¨glupie¨zdjecia przymierzajac te maski. Wiatr porywa wydobywajacy sie dym w przeciwnym kierunku niz my stoimy, wiec jest wszystko jest ok. Po pewnym czasie do ulewy ¨przyplatuje¨sie burza z silnym wiatrem, ktory nagle zmienia kierunek i cale kilometry szescienne wala wprost na nas. Ostry gryzaco-duszacy dym momentalnie ¨zdmuchuje¨nam zarty i smiechy z ust. Widocznosc spada do kilku metrow, wszedzie wokol bialo-szary klebiacy sie twor. Zaczynamy kaszlec i przyduszac sie, bardzo szybko ¨przepraszamy sie¨z maskami.
Stoimy jeszcze chwile, czekajac az przestanie padac, ale nie bardzo ma ochote. Postanawiamy pomimo deszczu wracac. Oddajemy maski i zawiazujac twarze mokrymi koszulkami po omacku odnajdujemy samochod, a w srodku kierowca dziadek, lekko siny i uwedzony z dymu, zawiniety po oczy jakas szmata. Ruszamy, ale po paru metrach okazuje sie, ze nie wiemy gdzie jechac, bo nie widac niz na 2 metry. Wyskakujemy by na nogach ¨wymacywac¨droge. Coraz bardziej zaczyna nas dusic, nie jest wesolo. teraz juz wiemy jak to jest gdy wulkan wybucha. Juz przy takim ¨niewinnym¨dymku mamy wielkie problemy z oddychaniem i odszukaniem drogi. W koncu sie udaje i szczesliwi – calkowicie przemoczeni zjezdzamy w dol kaszlac i plujac jeszcze dobre pol godziny.
W hotelu okazuje sie, ze wiele osob ma zamoczone praktycznie wszystko: paszporty i pieniadze.
Granada – bardzo mile i sympatyczne miasteczko w kolonialnym stylu. Duzo turystow. Duzo barow, restauracji. Planujemy zostac tu dwa dni. Trole w tym czasie pojechali do Managui na penetrowanie stolicy Nikaragui, jeszcze nie wiemy gdzie i kiedy znow sie spotkamy.