Kostaryka, San Jose
6 listopada 200831.10 piatek.
Halloween…zupelna inna tradycja, niz u nas. Wielka fiesta, bawia sie wszyscy! Starzy i mlodzi. Biedni i bogaci. Kazdy wybiera to, na co go stac. Wiele osob ma zajebiste przebrania, cale dopieszczone kostiumy. Po zakwaterowaniu rozpraszamy sie i kazdy robi co chce. W kilku wybieramy sie na penetracje podobno najlepszego miejsca imprezowego zwanego potocznie El Pueblo. W rzeczywistosci to kompleks handlowo-rozrywkowy, zbudowany na styl malego miasteczka. Aby wejsc, nalezy poddac sie obmacaniu, czy aby nie wnosimy broni palnej albo nozy.
San Jose – stolica Kostaryki uwazane jest za rownie niebezpieczne miasto – jak wszystkie tutejsze wieksze miasta, do czego juz sie przyzwyczailismy. Wychodzac nie zabieramy ze soba nic cennego, pare dolarow lub troch miejscowej waluty, wiec raczej za to nas nie zabija. Kiedy jestesmy juz w srodku, za wysokim murem – jest calkowicie bezpiecznie. Kilkanascie dyskotek, mnostwo barow, restauracji porozrzucanych na obszarze ok. 1000×600m poprzeplatane zielonymi skwerkami, laweczkami – tworzy bardzo mile miejsce do imprezowania.
Ale bohaterem dzisiejszego dnia, nie jest miejsce – a ludzie. Ach, gdybyscie mogli zobaczyc ten bajecznie kolorowy tlum przebierancow, ida postacie filmowe, bajkowe, roznorakie zawody (szczegolnie pielegniarki w koronkowych rajstopach i krotkich fartuszkach nie przykrywajacych nawet posladkow). Jest cieplo (ok. 22C) wiec raczej dominuja stroje bardziej odkryte (takze takie, ktore skladaja sie wylacznie z bielizny). Znajdujemy miejsce gdzie za wejsciowke (3500colonow, tj. ok. 7$) mozna pic do woli piwa, rumu, wodki, tequili…coz „zalatwiamy sie do polnocy” kiedy to konczy sie ta swoboda i trzeba juz placic, wiec zmieniamy lokal. Jest tak duzo ludzi, ze juz po chwili jestesmy pogubieni i kazdy bawi sie w innym miejscu, co jakis czas sie tylko spotykajac. Spotykamy tez innych Polakow, ktorzy rowniez za kolnierz nie wylewaja. W wielu miejscach jest muzyka na zywo, chacha, salsa powoduje, ze powietrze drzy od dzwiekow, feria swiatel rozprasza ciemnosc nocy, przelewajaca sie roznorodnosc masy ludzkiej – wszystko to razem tworza niezapomniane wrazenia. Bawimy sie zajebiscie do 6 rano.
Kolo 10 spotykamy sie z Penetratorkami, opowiesci nie ma konca.
Nasza grupa sie rozdziela na kilka dni. JB, Marko, Seba, Zbyn, liq wybieraja sie do Monteverde, gdzie sa najbardziej ekstremalne zjazdy na linach nad dzungla, a Tomas, Lukas, Pablos i Inka wybieraja plaze i podwodne polowania i penetracje. Szczegolnie Inka musi troche odpoczac, bo uderzone podczas raftingu kolano bardzo mu opuchlo i ledwo chodzi. Cojak z przyczyn osobistych postanawia wrocic do domu, zakonczajac tym samym przygode w Ameryce Centralnej. Bedzie brakowac nam jego celnych i szczegolowych uwag, a takze rozbudowanych perror.