Honduras, Tegucigalpa
13 listopada 2008Kolejna granica, kolejne drobne formalnosci i mozemy sie cieszyc „byciem” w Hondurasie.
Wieczor nas zastaje kolo miejscowosci o milej nazwie El Paraiso, co znaczy „raj”. Postanawiamy tu spedzic noc. Nie daleko terminala sa az 2 hotele. Do tej pory nie widzielismy takich nor i jeszcze wlasciciel informuje, ze „chwilowo” nie ma biezacej wody i zeby do prysznica nie uzywac a tylko troszeczke ewentualnie do splukania toalety.
Miasteczko wyglada jak zawieszone gdzies w czasie i przestrzeni. Zaskakuje nas milo bo znajdujemy rewelacyjna restauracyjke i potem wzorowany na amerykanski – bar kawowy, gdzie udaje sie nam wypic swietna kawusie z bita smietana. Ruszajac na penetracje miasta szybko przekonujemy sie, ze turysci tu nie docieraja i kiedy idziemy tyraliera ulica wzbudzamy niezle zainteresowanie. Co dziwne wraz z zapadajacym zmrokiem miasto nie wyludnia sie jak to zwykle bywalo wczesniej, a mozna spotkac mnostwo spacerujacych ludzi, ktorzy czesto nas zaczepiaja – by porozmawiac. Szkoda, ze miejsce to, jest tylko dla nas noclegiem w podrozy bo, klimacik jest naprawde fajny i mozna pelna piersia poczuc wolny latynowski styl zycia.
Nastepnego dnia przed poludniem docieramy do stolicy Hondurasu Tegucigalpy. Stolica nie robi przyzwoitego wrazenia, wszystko jest pobudowane jakby w haosie bez sensownego plany. Samo polozenie jest malownicze, na wysokosci ok 900 mnpm wsrod wzgorz, troche nawet momentami przypomina La Paz. Czasem mozna spotkac nowoczesniejsze budynki, ale przewaza raczej niska zabudowa smietniskowa. Nie zamierzamy sie jednak tu zatrzymac na dluzej. Naszym celem jest wybrzeze karaibskie. Transferujemy sie na inny terminal i po zjedzeniu czegos co niby nazywa sie obiade, wsiadamy do dalekobieznego autobusu.