Gwatemala, nad jeziorem Atitlan
23 listopada 2008Po kilkugodzinnej jezdzie po bezdrozach i zadupiach Gwatemali znalezlismy sie nad jeziorem Atitlan, lapiac w ostatniej chwili czarujacy zachod slonca. Atitlan to malowniczo polozone jezioro, w otoczeniu wielu wulkanow. Dla odmiany, instalujemy sie w hotelu w miejscowosci San Pedro, tuz obok wulkanu o tej samej nazwie, nie dajac sie naciagnac naganiaczowi ktory chce nam wcisnac jakas nore. Nasz hotelik jest wyglaskany i wypiekniony, zbudowany najwyzej 2 dni wczesniej. Jest tak nowy, ze z Cable TV mamy w scianie tylko cable. San Pedro to jedna ulica przy ktorej znajduja sie glownie bary. Miasteczko ma tez kilka fabryk kawy tuz przy ulicy wiec proces produkcji mozna podgladac kiedy dusza zapragnie, znajdujemy tez miejsce z przepyszna kawa prosto z ekspresu. Trafiamy do chilaoutowego clubu pol serba, pol wlocha ktory mieszka tu od wielu lat i czuje sie dzieki temu ogromnie szczesliwy, ruchu jednak nie ma zadnego wiec konczymy wieczor po kilku drinkach.
Po szybkim rozeznaniu co mozna w miescie zrobic, wynajmujemy od poznanego wczesniej kolesia konie i postanawiamy zdobyc na nich wulkan San Pedro. Jako ze wszyscy jestesmy rewelacyjnymi jezdzcami zaznaczamy ze prosimy o wersje sportowa „Caballos tranquilos”. Po szybkim instruktazu uzycia pojazdu nabieramy tempa i zaglebiamy sie w porastajaca wulkan dzungle. Godzine pozniej zaczynamy odczuwac brak amortyzacji i komfortu podrozowania, szczegolnie gdy kon nie zwaza na zwisajace konary, ktore dla nas moga byc szybka katapulta na ziemie. Sciezka wije sie w gore a my coraz bardziej rozleniwieni zaczynamy przysypiac przy jednostajnym stukocie konskich kopyt. Adrenalina gwaltownie skacze gdy przy sciezce pojawiaja sie duze stromizmy i gdy kon Liqa potyka sie, a on sam z trudem lapie rownowage. Zdajemy sobie sprawe ze spokojna przejazdzka nie jest wcale taka bezpieczna, zatem koncentrujemy sie i skupiamy nad kontrola zwierzecia. Pablos doskonale odnajduje sie jako ostatni Mohikanin i z cwalu przechodzi w galop rozwiewajac swa bujna grzywe na wietrze, pokazujac reszcie doskonale opanowanie sterowania rumakiem.
Gdy po 5ciu godzinach do szczytu jest wciaz daleko postanawiamy zrezygnowac ze zdobywania krateru, tym bardziej ze nasze delikatne pupcie sa juz mocno zdretwiale, poza tym nie jestesmy pewni drogi, bo mape ktora narysowal nam wlasciciel koni zjadl wyglodzony kon JB. Wracamy liczac bardziej na pamiec konia, niz nsza. W drodze powrotnej zahaczamy o niewielka, wulkaniczna plaze nad jeziorem Atitlan oddajac sie szybkiej kapieli by zmyc kurz z naszych cial. Poznym popoludniem docieramy do wioski uspokajajac rozdygotanego wlasciciela koni, ktory pewny byl juz ze gringos ukradli mu konie. Podobno zrozumial ze pozyczamy konie tylko na godzine.
Po szybkim piwie i ostatniej kawie opuszczamy to male miasteczko by przeprawic sie na drugi brzeg jeziora do wioski Panajachel. Miasteczko przypomina bardziej kurort dla grubych amerykanow niz rolnicze pueblo, jest zatrzesienie hoteli i jeszcze wiecej stoisk z pamiatkami ktore ciagna sie kilometrami. Trafiamy na promenade wijaca sie w zdluz jeziora by zapolowac na zblizajacy sie zachod slonca, jednak prawda stalo sie stwierdzenie Marka: „Desafortunadamende sunseta nie budiet”.
Z okazji dzisiejszego piatku planujemy penetracje lokalnych barow i dyskotek.´