Gwatemala, Guatemala City
20 listopada 2008Wtorek, 18.11
Mimo ze w poczatkowych planach mielismy jeszcze ochote na pozostanie w Salvadorze na jedna noc, to wizyta w miasteczku Ahuachapan uswiadamia nam szybko, ze nie znajdziemy juz wiele wrazen w tym kraju. Udajemy sie wiec na rog Parque Central (tu kazde miasto ma takie miejsce), gdzie juz czeka bus na grance. Mkniemy do Gwatemali. Granica wyglada zywiej niz ostatnia, kiedy opuszczalismy ten kraj po krotkiej wizycie. Przechodzimy bardzo symboliczny most zegnajac sie z Salvadorem. Pierwsze wymiany walut i rozpoczynamy targowanie transportu do Gwatemala City od oferty 100 dolarow. Widac ze lokalni twardo ubijaja interesy. Kilka minut pozniej malolat proponuje miejsce w busie za jedyne 20 quetzali (1 dolar to ok 7 qz, a my liczymy sobie ze 2 quetzale to 1 zl), wiec nie mozna sie nie zgodzic. Tu zaczyna sie pierwsze doswiadczenie z gwatemalczykami, ktorzy widac ze wiedza jak dorobic na turystach. Po godzinie drogi kierowca proponuje nam przesiadke do innego busa, ktory jedze szybciej, ma bardziej przyciemniane szyby i w ogole jest kuloodporny i na pewno dojedziemy szczesliwi, a dla niego nie bedziemy jedynymi klientami na trasie… Ok, dalsza droga jest rownie senna, do momentu kiedy okazuje sie ze za te przesadke mamy doplacic kolejne 25 quetzali, i mimo to nie znajdziemy sie w stolicy, tylko w miescie nieco dalej i bedzie nas to kosztowalo kolejnego piataka… Po twardych negocjacjach odpuszczamy, bo jedyna oferta zastepcza to wysiadka z busa i szukanie transportu na wlasna reke. Nie chcemy sprawdzac czy i tym razem Pablos zalatwi nam podwiezienie przez Policje Turystyczna. Po kolejnych dlugich godzinach dojezdzamy wiec na przedmiescia miasta skad rozposciera sie widok na ogromny oswietlony teren, bo zmrok zapadl juz dawno temu.
Gwatemala City to dom dla ponad 3 milionow ludzi, w jednym z najbiedniejszych krajow ameryk mozna wywnioskowac jakich mieszkancow mozna spotkac najwiecej. Emocje podnosza informacje zbierane od pasazerow w autobusie i z naszych zapiskow, z ktorych jednoznacznie wynika ze nie bedziemy tam najmilej widzianymi osobami. Pierwsze minuty to dla nas ogromne zaskoczene. Przy wjezdze do miasta jest masa domow towarowych, ktore mozna spotkac w niemalze kazdym miescie w Stanach Zjednoczonych. Mijamy kolejne restauracje MacDonald’s, Burger King, Pizza Hut, salon Porsche i pelno drogich samochodow na ulicach. Zdecydowanie nie przypomina to niczego o czym bylismy uprzedzani. Wysiadamy wiec na ostatnim przystanku, szybko negocjujac z taksowkarzem dokad i za ile moze nas zawiesc na dzisiejsza noc. Juz za zakretem od „dworca” widoki odwracaja sie o 180 procent. Mijamy ruchliwe uliczki okupowane przez najrozniejszych ludzi, glownie bezdomnych. W niektorych bocznych alejach widac spalone samochody i prowizoryczne barykady, nie wspominajac o drucie kolczastym wiszacym na domach kratach w oknach. Na szczescie nikt nie rzuca koktajli Molotova w naszym kierunku.
Szybko instalujemy sie w niezlym hotelu, gdzie jeden pokoj ma nawet atrape okna na zewnatrz, upewniamy sie u recepcjonisty do ktorej godziny mamy szanse przezyc, ale po szybkiej kolacji i zerknieciu na pare ulic wracamy odpoczac do hotelu. Przez chwile obawiamy sie, ze moga nas obciazyc za zamordowanie karalucha, ktory prawdopodobnie byl najwiekszym okazem w hotelu (tak z 6 cm dlugosci i chrupal w trakcie zgniatania). Zwiedzanie stolicy Gwatemali znacznie lepiej wychodzi nam z rana, kiedy o 8 rano mimo ze nie widac duzego ruchu ani pospechu, to miasto wyglada znacznie spokojniej i bezpieczniej. Wciaz nie zachwyca, wiec szybko oddalamy sie z tej metropolii, bez zalu z naszej strony.