El Salvador, Ruta de los volcanos

19 listopada 2008

Pomimo, ze jest to najrzadziej odwiedzane panstwo przez turystow, w kazdym hotelu sa informacje o mozliwosciach zwiedzania interesujacych miejsc. My na dzis wybieramy „droge wulkanow” i oczywiscie dalej postanawiamy dzialac z planem „bez planu”. Naklaniamy tkasowkarza, zeby zabral nas nad jezioro Coatepeque w jakies fajne miejsce. Przywozi nas do zagubionej wioski nad samym jeziorem, widoki ktorymi syca sie nasze oczy, rzeczywiscie sa imponujace. Nad jeziorem znajdujacym sie w pradawnym kraterze wznosi sie potezny wulkan Santa Ana o wysokosci 2365mnpm poloczony z wzgorzem (gora) Cerro Verde (2033mnpm) na ktore chcemy sie dostac. Podobno mozna tam wjechac miejskim autobusem – co szczegolnie sie nam podoba. Po roznych mniejszych i wiekszych perypetiach w koncu po paru godzinach pokonujemy dwadziescia pare kilometrow przepiekna widowiskowa trasa czesciowo biegnaca po koronie otaczajacej jezioro i po oplaceniu 1$ jestesmy w parku wulkanow.

Dopiero z Cerro Verde mozemy ocenic ogrom otaczajacych nas wulkanow. Tuz obok wylania sie Izalco (1910mnpm) idealny stozek, jestesmy ciut wyzej i mozemy zajrzec nawet „troche” do krateru. Niestety nie mozemy sie na niego wspiac bo jestesmy juz zbyt pozno, zeby wrocic przed zmrokiem. Wulkan ten jest jednym z najmlodszych na swiecie, bo zaczal powstwac w 1772 i jego erupcja trwala do 1956 bezustatnie. Teraz czasami pusci jakis gazik. Natomiast  Santa Ana jest bardzo aktywny i zabronione jest zblizanie sie do jego krateru. Cala grupa policjantow pilnuje by nikt tego nie robil, co oczywiscie nas lekko irytuje. Zadawalamy sie wiec tylko 40 minutowym spacerem po Cerro Verde i sycimy oczy przepiekna panorama. Zalujac ze salwadorskie wulkany nie daly sie spenetrowac doglebnie. Postanawiamy nocowac w miejscowosci o zajebiscie smiesznie i jednoczesnie trudno brzmiacej nazwie Juayua (czyt. huajua). Zeby sie tam dostac musimy zmienic nasz autobus gdzies po 12 km.

Wysiadamy na skrzyzowaniu i zeby za bardzo nie zmarznac, ruszamy razno w dol, liczac na to, ze przejezdzajacy autobus zabierze nas dalej. Gdy jednak po kilku kilometrach nic nie nadjezdza, a placaki dziwnie zaczynaja ciazyc – mamy w koncu dosc marszu. Nagle, zza zakretu wypada oczekiwany autobus, pedzac szalenczo w dol, nie zdazamy podniesc nawet reki, gdy znika w oddali – i znow „wyjebani”. Sytuacja nie wyglada za rozowo, do zmroku godzina, a do najblizszego miasteczka 26km. Ruszamy dalej by po kilkuset metrach pasc na pobocze z mocnym stwierdzeniem, ze dosc chodzenia – lapiemy stopa. Idea „lapania stopa” polega na probie zatrzymywania przejezdzajacych samochodow. A co w przypadku – gdy nic nie przejezdza?

Po kilkudziesieciu minutach gdy juz prawie slonce zaszlo, a my rozwazalismy opcje mozliwosci spania na poboczu drogi, pojawia sie samochod. Pablos w desperacji macha, samochod zwalnia, ale sie nie staje. Okazuje sie, ze jest to policja. Po kikuset metrach zatrzymuje sie jednak i zaczyna cofac do nas, zrywamy sie szybko. Chwila wyjasnienia co my tu robimy i po chwili jestesmy juz w srodku z dwoma policjantami. Nie ufaja nam jednak n, poniewaz jeden caly czas trzyma odbezpieczona bron na kolanach. Podwoza nas kilkanascie kilometrow do wazniejszej drogi, skad juz bez problemu mozemy zlapac wiecej autobusow. W tym czasie nasze stosunki juz na tyle sie ocieplily, ze policjanci szeroko opowiadaja o swojej pracy i prosza zebysmy sie wpisali do… ksiegi „Opini na temat ich pracy”. Oczywiscie wpis jest jak najbardziej pozytywny, w koncu wywiezli nas z lasu. Zostawiamy na pozegnanie wizytowke GP, biora tez maila od liqa, z obietnica, ze „bedziemy w kontakcie”.

Po godzinie jestesmy w wiekszym maisteczku Sonsonate, gdzie chyba po raz pierwszy w zyciu widzimy straznika z dluga bronia pilnujacego miejskiego szaletu. Poznym wieczorem docieramy w koncu do Juayua, klimatycznej wioski lecz zupelnie wymarlej. Po 18 piwach sytuacja sie jednak zmienia na znacznie weselsza.

Zostaw odpowiedź