Meksyk, Tulum c.d.

30 listopada 2008

Nastepny dzien przynosi penetracje kolejnych cenotow. Jako pierwszy wybieramy Calavere, gzie mozemy obserwowac halokline czyli mieszanie sie wody slonej i slokiej. Zjawisko absoloutnie niesamowite, trudne do opowiedzenia. Gdy sie delikatnie podplywa do halokliny wyglada to tak, jakby woda skladala sie z poukladanych na sobie idealnie warstw szkla, ktore rozszczepiaja padajace promienie swiatla. Gdy ja poprzez wpyniecie nastepuje zmacenie w tym obszarze – nagle wystepuje utrata ostrosci – tak jakby patrzec przez mrozona szybe. Zmysly wariuja. Dopiero po przebiciu sie nizej (wystarczy 1m) wszystko wraca do pefrekcyjnej ostrosci, ale juz w slonej wodzie, ktora co ciekawe jest ok 3C cieplejsza niz slodka. Wplywamy tez do calkowicie ciemnej podziemnej jaskini, w ktorej czujemy sie jakbysmy unosili sie nad inna planeta. Smaczku dodaje to, ze jestesmy tam zupelnie sami. Drugie nurkowanie to juz w bardziej slawnym miejscu – Grande Cenote. Olbrzymi podwodny zbiornik z mnostwem stalaktytow i stalagmitow. jest piekna sloneczna pogoda, ktora poteguje tylko zjawisko przenikania swiatla w wodzie. Widoczki i wrazenia w stylu: zobaczyc i umrzec w pelni szczescia.

Po poludniu wybieramy sie na plaze, ktora tu wprost zachwyca, prawie idealnie bialy miekki piasek, odpowiedni zestaw kolorystyczny wody i palemki. Zreszta zobaczcie sami – nie zapominajac, ze jest 30 listopada. Obok znajduja sie ruiny slawnej twierdzy w Tulum.

Meksyk, Tulum

29 listopada 2008

Po burzliwych dyskusjach, cechujacych sie wzajemnym zrozumieniem, grupa ustalila sobie, to co chciala… i pojechalismy do Meksyku. W przeciwienstwie do granicy Gwatemalsko-belizyjskiej, gdzie JB wylosowal trzepanie bagazu, a Liq wypelnial opiniotworcza ankietke, losowanie (bo tutaj do przegladu osobistego uzywa sie maszyny losujacej z jednym guzikiem) przebieglo gladko i bez problemow pomknelismy w glab polwyspu Jukatan. Ta czesc kraju sprawia zupelnie inne wrazenie, niz mozna by miec po obejrzeniu kilku amerykanskich filmow o Meksyku. Jest czysto, dosc bogato, wszystko skomputeryzowane i zautomatyzowane.

Docieramy do Tulum, ktory chcemy traktowac jako baze wypadowa do nurkowan w Cenotach, a takze przy okazji mijajacego weekendu na sprawdzaniu czy markowe whysky smakuje wszedzie tak samo. Pada tez pomysl wyskoku na Kube, ale kiedy zaczynamy weszyc w temacie, poznana w przelocie rodowita kubanka wybija nam to z glowy. Zdecydowanie na Kube i np. Jamajke trzeba poswiecic osobna wyprawe. Weszac wieczorem po miescie trafiamy do diving shopu sympatycznego meksykanina o imieniu Ahmed, umawiajac sie na nastepny dzien na penetracje glebin cenotow. Wybor padl na Dos Ojos, jeden z najbardziej malowniczych i latwiejszych terenow nurkowych, na poczatek. Jego nazwa oznacza „dwuoki”, poniewaz wejscie to dwa otwarte oczka wodne. Naszym opiekunem nurkowymi procz Ahmeda byl rowniez meksykanin – Daniel, ogromnie pozytywny i sympatyczny czlowiek ktory porzucil kariere prawnika w Mexico City, by tu – na wybrzezu (a i takze w wielu miejscach w Europie) oddac sie swojej najwiekszej pasji.

Kiedy docieramy do „dos ojos”, szybko wskakujemy w ekwipunek i schodzimy nad wode. Samo wejscie nie robi wielkiego wrazenia. Ot male jeziorko w skalach. Dopiero po zanurzeniu zapiera nam dech w piersiach. Niesamowita wprost przejrzystosc wody tworzy wrazenie bardziej unoszenia sie gdzies w przestworzach niz nurkowania. Dopiero promienie wpadajacego swiatla przez mniejsze i wieksze otwory w „stropie” pokazuja, ze jednak jestesmy w wodzie. Potezne stalaktyty i stalagmity ginac gdzies w mroku, daja wyobrazenie czasu, ktory musial uplynac by stworzyc cos takiego.

Pierwsze nurkowanie uplywa bardzo szybko, ledwo 34 minuty i jestesmy z powrotem. Nasi przewodnicy chcieli sprawdzic jak dajemy sobie rade z plywalnoscia i zuzyciem powietrza, bo w jaskiniach nie ma mozliwosci „awaryjnego” wynurzenia sie. Sprawdzian wyszedl pomyslnie i drugie nurkowanie planowane jest na dluzsze i glebsze. Poza tym spieszymy sie bo zachodzi slonce i coraz mniej swiatla dziennego. Marek postanawia nie wymieniac butli bo jak wszyscy wiedza – on pod woda nie oddycha, jest jak jakas pieprzona ryba! Kiedy nurkujemy sobie powoli w idealnej harmoni ze srodowiskiem rozswietlajac zakamarki coraz to nowo pojawiajacych sie jaskin, naszemu przewodnikowi Danielowi w pewnym momencie zaczyna brakowac powietrza. Kiedy zdumieni w srodku ciemnej jak… jaskini, patrzymy jak daje znaki do najblizszego penetratora, ktorym okazal sie Marek, ze potrzebuje jego octopusa. Jak to mozliwe, ze przewodnikowi skonczylo sie powietrze, fakt, ze tez nie wymienial butli po pierwszym nurkowaniu …ale z jego doswiadczeniem, to nie moze sie zdarzyc. Po chwili plyna juz razem, trzymajac sie pod reke, cale szczescie, ze do wyjascia jest tylko 10 min. Kiedy juz na brzegu podekscytowany Daniel kreci glowa ze zdumienia, ze pomimo iz korzystal z butli Marka, to i tak ten ma wciaz polowe butli.

Trudno opisywac to, co trzeba po prostu zobaczyc. Niebywala przejrzystosc wody, kolorowe, malownicze stalaktyty i stalagmity, waskie przejscia i wielkie podwodne jaskinie, to wszystko tworzy niezapomniane wspomnienia.

Belize, O wyzszosci trawy nad indykiem

28 listopada 2008

27 listopad

Tradycyjne amerykanskie swieto indyka czy Thanksgiving Day. Dla nas Polakow nic nie znaczace swieto, ale dla Amerykanow – numer jeden kiedy mozna sie bezkarnie nazrec. Na naszej wyspie nie specjalnie sie przejmuja tym, ze nie mozna kupic indyka. Coz oni tu maja swoje swiateczne potrawy…trawe i lobstera (homar), a wszsytko to w sosie reagge. My jednak postanowilismy jakos uczcic to swieto…ale wtakim bardziej lokalnym charakterze, wiec wybor padl w sposob oczywisty na … trawe. Dzien wczesniej JB zapoznal sie z miejscowym dealerem produktow rolnych, ktory obiecal sprostac postawionym wymaganiom, oczywiscie nie bez zadowolenia. Po dniu spedzonym na plazy, piwie i poddawaniu sie atmosferze „go slowly” przyszedl swiateczny wieczor. Zostalo przygotowane ciasto (miala byc niby imitacja indyka – ale chyba troche nie wyszlo) i cala kupa miejscowego ziela. Dobrze, ze na wyposazeniu znalazla sie fajeczka, bo gdybysmy musieli uzuwac gaztey nie byloby tak latwo. Zaczelismy degustowac mila atmosfere wieczoru….niestety okazalo sie, ze nasze potrzeby sa wieksze niz wczesniej zakladalismy i po godzinie musielismy zwiekszyc pierwotne zamowienie o 300%. Ogolna konkluzja wieczoru byla teoria, ze zamiast indykow powinno sie uzywac produktow zdecydowanie roslinnych. Cudownie upaleni tej nocy zasnelismy jak niemowleta.

Tym razem zdjec nie bedzie…