Panama, Skrótem przez dżunglę.

24 października 2008

Wtorek 21.10

Wstajemy o 5.30, polamani jakos wychodzimy z nor w ktorych spalismy. Okazuje sie, ze Inka wolal spac na zewnatrz na trawie, nie zwazajac na chodzace po nim kraby i inne pakudztwa. Pablosa tez nie ma, spal na placu centralnym, po tym jak w nocy Tomas nie mogl wytrzymac jego poszturchiwan, krecenia sie w hamaku i dal mu klapsa. Jemy sniadanko, bardzo obfite…wstretna jajecznica z jednego jajka i kawalek bulki. Trudno po wczorajszej decyzji nie ma juz powrotu. Za chwile podplywa lodka i zabiera nas w kierunku ladu. Plyniemy z 40 min by potem wplynac w nieduza rzeke, staramy sie dostac jak najdalej w glab, by skrocic marsz. Niestety jest pora sucha i poziom wody nie jest za wysoki, calego plyniecia rzeka jest moze z 10min. Jest juz zbyt plytko by plynac dalej, wysiadmy ostroznie by przypadkiem nie wlezc na jakiegos aligatora. Przewodnik juz czeka. Mowi, ze do wioski mamy ok. 2godzin, a potem ok 4 do San Jose. Naszego celu, z ktorego bedziemy lapac autobus do Panama City.

Zacieniona, sucha sciezka prowadzi w glab dzungli. Jest przyjemnie i rzesko. Nie ma w ogole komarow ani innych latajacych krwiopijcow. Nic nie przypomina straszliwej wilgotnej i goracej zwrotnikowej dzungli, w ktorej kazdy krok jest bolem. A przeciez jakies 100 km dalej jest slawne Darien. To chyba jakas mistyfikacja z tymi trudami podrozy przez Selve…ot spacerek przez park w Polsce…

…piszac powyzsze, wiem ze to juz przeszlosc…ciesze sie, ze i tym razem udalo sie nam przezyc…ale wtedy tak wlasnie myslelismy…

Nasz przewodnik to straszy gosc, malomowny, 150cm wzrostu, na nogach gumiaki, w rece zardzewiala maczeta. Ruszamy. Kazdy z nas ma po 5ltr wody, ktora niesie w rece. Jest to niewygodne, ale nasraszyli nas wczoraj na wiosce, ze bedziemy potrzebowac duzo wody, bo trasa trudna. Po kilku minutach Pablos wyrzuca wode, twierdzac, ze w wiosce sobie kupi cos do picia, a teraz nie bedzie sie obciazal noszeniem.

Zaczynamy pospieszac dziadka, zeby szedl szybciej. Ruszamy razniej i po kilkunastu minutach dochodzimy do starego zarosnietego lotniska, pozostalosci po obecnosci zolnierzy amerykanskich. Nagle okazuje sie, ze na otwartym terenie juz nie jest tak milo i rzesko, kiedy sloneczko zaczyna prazyc w nasze wczesniej juz na wyspach przypalone ciala, w momencie wszyscy jestemsy mokrzy od potu, ale jednak MY TWARDZIELE tempa nie zmniejszamy. Idzie sie wygodnie, sciezka szeroka, widac ze czesto uzywana. Po godzinie docieramy do wioski. Okazuje sie ¨wioska¨to 2 domy i nie ma nic do picia. Jest jedynie woda z rzeki. Pablos sie troche zasmucil, ale zapalil dwa papieroski, pooblizywal swoim sposobem wargi i jest gotowy do dalszego marszu. Odpoczywamy chwile.

Wyruszamy o 10. Dalsza sciezka jest juz waska i kreci niemilosiernie. Zaczynaja sie podejscia. Slonce przygrzewa juz mocno, jest duszno. Zaczynamy slabnac. Nie idziemy juz jedna grupa, a rozciagamy sie dosyc znacznie. Zaczynamy coraz czesciej odpoczywac, Lukas rozdaje krotkofalowki. Z kazdym krokiem jest coraz gorzej, juz nikt nie smieje sie ze ´spacerku po parku´tylko dyszy ciezko, probujac zlapac oddech. Kolo 12 osiagamy rzeke, na tyle gleboka, ze z radoscia wskakujemy do niej, zeby sie ochlodzic, jest podobnie jak na trekingu w Peru, gdzie w pierwszy dzien, wlasnie kapiel w rzece przywrocila nam sily do dalszego marszu. Lezymy w nurcie zanurzeni po szyje, gdy nagle Tomas podskakuje, krzyczac, ze cos go ugryzlo. Okazuje sie, ze to male rybki nas podskubuja, a szczegolnie lubia wszelkie wystajace elementy ciala jak np. sutki. Jest to pewnie glowny powod, ze Seba wchodzi do rzeki w majtkach, a nie tradycyjnie na golasa. Moze boi sie, zeby mu cos nie wplynelo do cewki moczowej. W wodzie spedzamy dobra godzine.

Wypoczeci i odswiezeni ruszamy dalej, ale okazuje sie, ze ochladzajaca kapiel nie na dlugo sie przydala, bo jest tak goraco, ze juz po kilku miutach kazdy wyglada jak rozgrzany dyszacy parowoz. Dochodzimy do kolejnej rzeki i kolejnej i kolejnej i kolejnej… po pietnastej trace juz rachube. Wszystkie pokonujemy brodzac. Szlak teraz prowadzi w wielu miejscach korytami rzek. Jest naprawde malowniczy. Prawie wszyscy idziemy w sandalach Keena, ktore maja dobra przyczepnosc i w sumie, o ile nie ma wiekszych kamieni i nie jest glebiej niz po pas, to przechodzenie przez rzeki nie jest specjalnie trudne (no moze z wyjatkiem Inki, dla ktorego glebokosc liczy sie inaczej).

Woda jest przyjemnie ciepla, cali jestesmy spoceni, wiec nie ma problemu ze zmoczeniem sie, kwestia jest tylko ochrony sprzetu elektronicznego. Kazdy ma jakis aparat, a Marek caly wielki ciezki plecak pelen obiektywow, wiec najwazniejsze jest nie zamoczyc plecaka. Noo..i jest Zbynek…i jego cala masa sprzetu. Musze w tym momencie zatrzymac sie przy tej osobie. Zbynek nie moze zyc bez kontaktu ze swiatem, nie musi nawet rozmawiac, choc szacujemy jego rozmowy na grube tysiace po powrocie, musi miec po prostu siadomosc, ze ma zasieg na ktoryms z 3 telefonow. Gdy zasiegu nie ma, jest totalnie nieszczesliwy, przestaje sie odzywac i nawet zabawa iphonem czy ipodem juz go nie cieszy. Zaczynamy go nazywac iboy. Idac przez dzungle, takze nie rozstaje sie ze swoimi zabawkami, majac je caly czas pod reka. Niestety okazuje sie, ze podczas ktorejs z przepraw przez rzeke, jego iphonik nie zostal skonstruowany w wersji podwodnej i nie chce juz dalej cieszyc Zbynka swiatelkiem i melodyjkami (bo Zbynek, kiedy nie ma zasiegu puszczal sobie chociaz kilka melodyjek).

Nasze tempo spada coraz bardziej. Jest potwornie cieplo i duszno. Kiedy spadaja pierwsze krople, prawie z sykiem chlodza nasze rozpalone ciala. Zatrzymuje sie by zalozyc wododporny pokrowiec na plecak, lapiac przyokazji kilka ironiczych uwag od Tomka, czy aby nie jest za wrazliwy, ze sie boje paru kropli deszczu. Gdy 5 minut pozniej dostajemy z pompy strazackiej w twarz, przestaje byc wesolo. Napor wody jest tak duzy, ze z trudem idziemy dalej. Sciezki, ktore do tej pory byly przyjemnie suche zmieniaja sie w rwace potoki, prawie czolgamy sie lapiac rekami roslinnosc by utrzymac rownowage. Nie wychodzi na tym dobrze Zbynek, bo wbija sobie w palec kolec prawie na wylot, Tomasz jak zwykle w takich sytuacjach uspokaja go rzeczowo, ze moze wystarczac bedzie tylko amputacja samego palca a nie calej reki, zeby nie wdalo sie zakazenie. Leje z niustajaca sila. Cale szczescie, ze po chwili znajdujemy jakis pasterskie zadaszenie, gdzie mozemy sie schronic przed tym masakrycznym deszczekiem. Jest tez okazja do uzupelnienia zapasow wody pitnej. Zbieramy deszczowke. Nasz twardziel Pablos stoi z lisciem przy ustach i spija z niego lapczywie wode. Chyba tez przeprosil sie z palstikowa butelka. Kiedy siedzimy pod szalasem, okazuje sie, ze nie tylko my ucieklismy przed ulewa ale tez i 10cm skorpionik, ktory wyraznie upodobal sobie biala koszulke Coja i wlasnie pracowicie sie na nia wspinal, gdyby nie spostrzegawczosc Tomasza, mogloby byc nieciekawie. Kiedy pokazujemy naszego juz martwego kolege dziadkowi, a ten o dziwo wydaje z siebie wiecej niz jedno slowo, i chyba chodzi o to, ze dziabniecie skorpiona w tych warunkach moze skonczyc sie smiercia w drgawkach albo czyms takim, za bardzo nie rozumiemy co mowi.

Po pol godzinie wreszcie sila deszczu spada na tyle, ze uderzenia kropel nie sa juz tak bolesne. Ruszamy dalej. Zrobilo sie chlodniej, tak na oko jakies 30C. Niestety slizgamy sie po sciezkach, zapadamy w bloto, kilkakrotnie trace sanadala, za ktorym musze potem grzebac w locie po lokcie. Coraz bardziej brudni i zmeczeni brniemy dalej. Ulewa spowodowala gwaltowne podniesienie wody w rzekach i niestety przeprawy przestaja byc mile jak wczesniej w przezroczystej wodzie.

Rzeka teraz spieniona, brazowa z potezna sila przelewa sie przez swoje koryto. Pierwszy idzie dziadek. Woda siega mu ramion, wybiera miejsca gdzie prad jest mniej gwaltowny, niestety juz po paru krokach dziadek znika pod woda. Wstrzymujemy powietrze, ale za chwile wylania sie maczeta a potem cala postac, widac, ze wyraznie zla. Musimy sie wycofac i znalezc bardziej dogodne miejsce. po chwili probujemy jeszcze raz, tym razem woda jest tylko do pasa i jakas slizgajac sie po blotnistym dnie przechodzimy. Kiedy przychodzi kolej na Inke, nie wyglada to dobrze, wszyscy wiemy, ze nasz bohater nie jest medalowym plywakiem. Przechodzi dzielnie, juz prawie jest przy drugim brzegu, gdy nagle uderzony plynacym pniem traci rownowage i znika pod woda, pozostaje tylko jego czapka baesbolowka, ktora kolyszac sie zabawnie na wodzie szybko sie oddala. Marcin pod woda bardziej przypadkiem niz swiadomie lapie jakas liane i po niej udaje sie mu wydrapac. Jest niezle przestraszony, my rowniez! Stracic Inke przy jakiejs gownianej przeprawie a nie w porwaniu, to lipa.

Jest juz 16, kiedy pytamy przwodnika ile jescze (mialy byc 4 godziny) mowi, ze jeszcze medio hora (pol gdoziny). Zaczynamy sie troche irytowac bo wszyscy sa mocno zmeczeni. Wczesniejsze nurkowania i chodzenie po rafach na wyspach pozostawilo kazdemu mnostwo ran, skaleczen i wbitych kawalkow skal. Dodatkowo szosta godzina ciaglego chodzenia po wodzie, blocie, bagnie spowodowala, ze skora jest rozmiekczona, pojawiaja sie odciski i krwiaki. Stopy slizgaja sie w sandalach, szczegolnie przy zejsciach. Co chwile ktos laduje na glebie.

Grupa coraz bardziej sie rozciaga, na Sebe, Inke i Pablosa, musimy czekac po kilkanascie minut. Pablos w ogole zaczyna przypominac zombie, bledny wzrok, czerwona twarz, chybotliwy krok wynikajacy z otwartych ran na stopach. Kolejne rzeki przechodzi na czworakach nie majac sily walczyc z pradem. Widac, ze ciagnie juz ostatnimi resztkami sil podobnie jak Inka, ktory nic nie mowi, ale widac ze cierpi. Dochodzimy do jakis zabudowan, z nadzieja, ze to juz wioska, ale niestey to dawno porzucona szkola czy jakies baraki. Plusem jest, ze znajdujemy obok drzewa pelne pomaranczy. Nazeramy sie do syta. Sprawdzamy radia, niestety wyczerpaly sie juz baterie. Nie mamy juz se soba kontaktu. Pytamy dziadka, ile jeszcze, mowi, ze medio hora, ale slyszelismy te jego ¨medio hora¨ juz kilka razy, a wioski jak nie bylo tak nie ma. Zbliza sie juz 18, za chwiel bedzie sie sciemniac. Podobno mamy przed soba ostro pod gore i potem z gory i ma byc wioska.


Ruszamy! Teren idzie ostro do gory, dziadek chyba lekko zly na nasza opieszalosc narzucil ostre tempo, ale chyba tylko sobie, bo juz dawno wleczemy sie kazdy swoim tempem. Krok, oddech, krok, oddech….jest zajebiscie ciezko. Cigale w gore i w gore. Robi sie juz zupelnie ciemno. Pol godziny zajmuje nam dotarcie na szczyt, ale te pol godziny dla niektorych ciagnie sie w nieskonczonosc…slychac tylko polskie przeklenstwa i odlos budzacej sie do zycia nocnej dzungli. Na szczycie zostawiamy dla opoznionej trojcy zapalona latarke, swiecaca w strone, w kierunku ktorego maja isc. Zaczynamy schodzic juz wylacznie w swietle latarek. Wokol lataja nietoperze, co jakis czas muskajac nas po twarzac. Co dziwne nie ma wciaz komarow! Noc jest jak na nasze nieszczescie zupelnie czarna, nie widac gwiazd, jak i ksiezyca. Zaczynam sie zastanaiwac czy aby na pewno dziadek  zna droge, bo zaczyna coraz mniej pewnie isc. Po kolejnej pol godzinie (to juz chyba 7 ´medio hora´ktora miala byc do wioski) nasze przypuszczenia okazuja sie prawdziwe, kiedy przedzieramy sie przez jakis kolczasty plot. Przewodnik nie ma pojecia gdzie isc i bladzi raz w lewo raz w prawo. Marek pada na ziemie, lapia go skurcze, jedzie na resztkach energii. Nie jest za wesolo, wszyscy totalnie wyczerpani. Przemoczone rzeczy, albo potem albo rzeka. Po …. kolejnej pol godzinie dochodzimy wreszcie do jakies blotnistej drogi. Widac odciski kol, jest 21. Od momentu pozegnania sie z lodka … mija 12 godzina marszu, a mialy byc w maksie 6…

Padamy na jakims pienku, czekajac na Liqa i Coja, ktorzy zostali w tyle i teraz probuja sforsowac plot, chodzac raz w jedna to w druga strone. Niestety szansa, znalezienia pozostalych daleko w tyle troje, czyli Pablosa, Inke i sebe jest juz mizerna, tyle razy zmienialismy droge i kluczylismy, ze nie ma szans by nas odnalezli. Beda musieli spedzic noc w dzungli.

Dzielac sie resztka wody i jakis suchych krakersow ruszamy wzdluz drogi poki nam sil starczy i tam padniemy …, taki mamy plan, w koncu ciagniemy ze soaba spiwory, beda mialu okazje sie przydac, z wyjatkiem Coja, ktory nie chcial sie przeciazac. Przez nastepna godzine przekraczamy kolejne 3 ploty by w koncu dojsc do solidnej drewnianej bramy. Wykorzystujemy ukryte talenty Tomasza i wlamujemy sie na posiadlosc. W oddali majaczy jakies zabudowanie, doczolgujemy sie tam resztka sil. Okazuje sie, ze to jest jakis warsztat, czy stolarnia. Pozamykana na 3 klodki. Dla nas wazne jest, ze blaszany dach jest na tyle szeroki, ze mozemy sie pod nim polozyc na betonie. W poblizu znajdujemy wode w wezu i mozemy zmyc z siebie warstwe blota i smrod calego dnia marszu, co tez wszyscy czynia, z wyjatkiem Tomasz, ktory lubi swojskie kliamaty, a moze po prostu jest tak padniety, ze jest mu wszystko jedno. Kto jeszcze ma to ubiera czyste ciuchy, scieramy krew z nog, dezynfekujemy rany na ile to mozliwe.

Dziadek postanawia isc jeszcze dalej, my mamy to gdzies, niczego wiecej nie pragniemy jak pasc bez ruchu na ziemie. Probujemy znalezc jakies w miare bezpieczne miejsce, dzisiejsza przygoda ze skorpionem i wczesniejsze z krabami i karaluchami wielkosci dloni dzialaja na wyobraznie. Kiedy juz prawie jestesmy gotowi do snu, przybiega podeksytowany dziadek, cos belkaczac. Jeszcze go dzis nie widzielismy tak podekscytowanego. Podobno za pareset metrow jest jakis duzy budynek, w ktorym widac swiatlo. Lukas rusza w tamtym kierunku. Po jakim czasie przyjezdza terenowe auto z Lukasem i jakimis ludzmi. Jestesmy uratowani!


Okazuje sie, ze w poblizu jest jakas stacja badawcza kieriowana przez amerykanina i to jego ludzie przyjechali po nas. Oferuja nam spanie pod dachem w hamakach i goraca kawe z czego oczywiscie korzystamy. Lukas jedzie autem poszukac reszty chlopakow i ma zalatwic cos do zarcia. W koncu caly dzien nic nie jedlismy.

Po godzinie wraca, jezdzili po lakach, az ich znalezli bliskich wyczerpania. Podjechali tez do wioski, ktora byla w przeciwnym kierunku niz szlismy po drodze (tak dziadek zajebiscie znal teren…moze tylko z opowiesci swojego dziadka). Samochodem 10min, ale na piechote byloby jeszcze z 45. Wykupili calosc zapasu konserw i chinskich zupek. Jemy kolacje i zasypiamy jak dzieci. Juz nam nawet nie przeszkadza chrapanie glownych chrapaczy (Pablosa i Tomasa).

W miare wyspani wstajemy kolo 6. Czesc spala w hamakach, czesc na drewnianej podlodze, jak kto chcial. Niedaleko Tomasa znajdujemy wielka prawie 6cm wlochata tarantule. Tez sie jej pewnie podobalo w towarzystwie bialych. Jej ukaszenie, w zaleznosci od ilosci wstrzyknietego jadu moze byc takze smiertelne…coz przygody wymagaja poswiecenia i ryzyka.

Po porannej kawie, nasi gospodarze podwoza nas 30km do PanAmericany. Cale szczescie, ze tak sie stalo, bo gdybysmy mieli isc w takim stanie pokalczonych i opuchnietych stop jakie mamy, zajeloby to pewnie z 2 dni.

Lapiemy autobus i wracamy do Panama City by dojsc do siebie i wyprac-wysuszyc rzeczy.

Zostaw odpowiedź