Panama, Santa Clara, moc Pacyfiku
27 października 2008Ostatnie dni to glownie relaks i leczenie pokrwawionych Penetratorow.
W czwartek szybkim autobusem udajemy sie do Santa Clara, malej miesciny w ktorej jest tylko sklep, bar i plaza, 2 godziny drogi od Panama City. Wybrzeze panamy od strony Pacyfiku jest zupelnie inne niz to ktore spotkalismy na archipelagu San Blas. 20 minutowy spacer na plaze, male przepychanki z klucznikiem plazy i juz lezymy w hamakach, kilkanascie metrow od wody. Fale sa niesamowicie silne, wiec mamy sporo radochy mogac pomoczyc tylki w wodzie. Ogromna atrakcja na plazy jest Zbynek ktoremu fala nagle zmywa kapielowki. Inka gdy tylko podszedl do wody i zobaczyl wielkosc fali szybkim truchtem oddalil sie do swojego hamaku. Pablos nawet nie zaryzykowal.
Czas milo plynie na leniwym odpoczywaniu, wiec ekipa Tomas, Lukas i Liq wybrali sie do miejscowego sklepu oddalonego o okolo 1 km w celu zaprowiantowania na wieczorna kolacje, pozostawiajac wyczerpanych i glodnych kolegow na plazy by pilnowali plecakow.
Niestety, pech chcial ze na drodze stanal tropikalny deszcz przed ktorym jedyna mozliwosc schronienia dawal lokalny bar z tanim piwem. To szczegolnie zadzialalo na Tomasa, jak lep na muchy i przedluzylo wyprawe. W tym czasie JB, Marko, Sebus i Pablos zniecierpliwieni brakiem pozywienia poszli na steka zostawiajac Inke przy bagazach i spiacego Coya i Zbynka. Wrocili po godzinie zastajac naszego bohatera prawie wyczerpanego z glodu. Jedynym ratunkiem bylo zrobienie dwoch litrow whisky. Piwni bohaterowie oddelegowani do transportu wrocili po 5 godzinach z czterema puszkami niezwyklego tunczyka i resztkami bulek ktorych nie zdolali zjesc po drodze. To dobilo biednego Inke ktory zamknal sie w sobie i w smutku poszedl spac. Wieczor skonczyl sie ogolna integracja, z wyjatkiem Coyaka, ktory tradycyjnie juz w przypadku imprez plazowych wybral spanie. W nocy znow zaczal padac deszcz i nie skonczyl sie tak szybko jak liczyl na to Marek, ktoremu dach przeciekal i mial okazje poplywac we wlasnym spiworze. Najwygodniej i najbezpieczniej czul sie Zbynek w swoim namiocie za 39 zl z Biedronki, w tych warunkach warty fortune.
Ranek przywital nas pieknym wschodem slonca i nowa fala pogryzien malarycznych. W piatek wiekszosc dnia spedzilismy w autobusie, gdzie czas milo uplywal na grze w tysiaca. Rywalizacja jest jednak tak wyrownana ze potrzebujemy nowej, hazardowej krwi.
Jestesmy w tej chwili w Boquete, tuz obok najwyzszego wulkanu Panamy, 3480 m n.p.m. i zaczyna sie piatkowy wieczor.